1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

„Skywalker. Odrodzenie”, „Avengers: Koniec gry”, „Rambo: Ostatnia krew”, „Król lew” i wiele innych - najgorsze filmy 2019 roku

Rok 2019 wcale nie był łaskawy, jeśli chodzi o liczbę nieudanych dzieł kinematografii. Poniżej znajdziecie listę najgorszych filmów, jakie można było oglądać w kinach w odchodzącym do historii 2019 roku.

avengers endgame najgorsze filmy 2019

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Najgorsze filmy 2019 roku:

Dom, który zbudował Jack

Lars von Trier już od ładnych kilku lat (a może od zawsze?) balansuje na granicy artyzmu i filmowej grafomanii, a „Dom, który zbudował Jack” to wyraźny sygnał, że jest z nim źle. Jego najnowsze dzieło jest puste, wymierzone w tanie szokowanie, pełne pseudoartystycznych pretensji, kiepsko wyreżyserowane.

Naszą recenzję filmu „Dom, który zbudował Jack” możecie przeczytać TUTAJ.

Przemytnik

Zdążyłem się już przyzwyczaić, że filmografia Clinta Eastwooda (także jako reżysera) to istna sinusoida – raz mamy do czynienia z dziełem wybitnym, by potem męczyć się na jakimś „potworku”. I trochę tak jest w przypadku „Przemytnika”. Tym razem ani historia, ani reżyseria nie trzymają się kupy. W dodatku postać głównego bohatera, granego przez Clinta, jest niemal równie antypatyczna i słabo napisana, co Walt Kowalski z wcześniejszego filmu Eastwooda „Gran Torino”.

Naszą recenzję filmu „Przemytnik” możecie przeczytać TUTAJ.

To my

„To my” to jedno z większych filmowych rozczarowań, jakie przeżyłem w 2019 roku. Po kapitalnym „Uciekaj” Jordan Peele stał się dla mnie nadzieją autorskiego horroru na pograniczu satyry społecznej, który może co nieco namieszać w Hollywood. I choć „To my” wydaje się pełne intrygujących pomysłów oraz zbudowane jest na podobnym rusztowaniu co „Uciekaj”, ostatecznie reżyser obrał całą masę niefortunnych zakrętów i błędnych decyzji. Nawiązanie do akcji Hands Across America wydaje się zbyt wydumane i naciągane, zwrot akcji na koniec jest absolutnie przewidywalny i niezbyt efektowny. Całość zalatuje raczej średnio udaną, tanią satyrą telewizyjną z jakiejś antologii filmów grozy z początku XXI wieku.

Naszą recenzję filmu „To my” możecie przeczytać TUTAJ.

Avengers: Koniec gry

Mój problem z „Avengers: Koniec gry” jest taki, że to właściwie nie jest film. To event, kulminacja wielkiej machiny (także i marketingowej), ale w żadnym razie nie pełnoprawne dzieło filmowe. „Endgame” spełnia (jako tako) swoją rolę jako produkcja zamykająca poszczególne wątki oraz historie większości bohaterów całego MCU do tej pory. Rozumiem, że rozpisanie kulminacji 23 filmów to karkołomne zadanie, tym bardziej po jednym z najbardziej niesamowitych i wgniatających w ziemię cliffhangerów w historii kina, zawartym w „Wojnie bez granic”. Mimo wszystko mam wrażenie, że twórcy nie włożyli w to zbyt dużo energii. Sekwencje akcji wydają się robione na kolanie, one po prostu są. Nie ma w nich żadnych ciekawych pomysłów, ani widowiskowości. To banalny festiwal CGI i tyle. Jako całość „Endgame” jest średnio udaną sklejką chaotycznych pomysłów i niepasujących do siebie motywów, a już sam pomysł na podróż w czasie jest najbardziej ewidentnym objawem lenistwa scenarzystów. Absolutnie najgorszy film w całym MCU (na razie).

Naszą recenzję, aczkolwiek pozytywną, filmu „Avengers: Koniec gry” znajdziecie TUTAJ.

Hellboy


Paradoks nowego „Hellboya” polega na tym, że intencją twórców było zrobienie filmu jak najbardziej zbliżonego do komiksów, a niestety wyszło, jak wyszło… Nie chodzi tu nawet o to, że nie ma wizualnej wrażliwości i wyobraźni Guillermo Del Toro, ale raczej o to, że zrobił z „Hellboya” nadmiernie zbrutalizowaną pustą strzelankę z elementami taniego fantasy.

Naszą recenzję filmu „Hellboy” znajdziecie TUTAJ.

Król lew

Już przed premierą nowego „Króla lwa” wiedziałem, jaki to będzie film. Trudno oczywiście nie docenić warstwy wizualnej i ogromu pracy, który komputerowi animatorzy włożyli w tę produkcję, jednak „Król lew” A.D. 2019 jest dla mnie koronnym symbolem tego, co jest złe w mainstreamowym kinie w XXI wieku. Zamiast szczerych emocji mamy wtórność, sięganie po, dosłownie, te same historie, odtwórczość podniesioną do najwyższej rangi, formę przeważającą nad treścią. Najbardziej jednak nie potrafię zrozumieć tego, czemu Disney tak bardzo postawił na fotorealistyczne zwierzęta w filmie, w którym te zwierzęta mówią ludzkim głosem i śpiewają piosenki. Cóż...

Naszą recenzję filmu „Król lew” znajdziecie TUTAJ.

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie

Przyznam, że mam taką moją małą naiwną teorię: to, co przyszło nam oglądać w trylogii Star Wars od Disneya to po prostu najdroższe fan fiction w historii kina. Wskazywać na to może fakt, że wytwórnia zaniechała korzystania z numeracji nowych epizodów, tym samym odcinając się grubą kreską od klasycznej trylogii. I choć po „Przebudzeniu Mocy” miałem dobry nastrój, tak już po zawirowaniach w „Ostatnim Jedi” i teraz po fatalnym zakończeniu w postaci  „Skywalker. Odrodzenie” nie uznaję historii Rey, Poe i Finna za kanon. Całą zabawę zepsuła ostatnia część, która jest po prostu marnym filmem. Ilość bezsensownych rozwiązań scenariuszowych powrzucanych do całej fabuły „Skywalker. Odrodzenie” jest po prostu kuriozalna. Wiem, że to kino rozrywkowe, a same „Gwiezdne wojny” nigdy nie miały przesadnie wybitnych skryptów, ale to, co dzieje się w „Skywalker. Odrodzenie” to jakaś hucpa.

Nic się w tym filmie nie trzyma kupy, ani jedna sekwencja nie zapada w pamięć, zwroty akcji są żenujące bardziej niż najgorsze fanowskie teorie, nie ma ani grama napięcia, a reżyser pędzi po kolejnych to wątkach, miotając bohaterów od punktu do punktu jak w grze wideo. Starcie Rey z Imperatorem to chyba najbardziej nijaki finałowy pojedynek w historii kina rozrywkowego. W dodatku pasowałby on bardziej do „Harry'ego Pottera” bądź „Power Rangers” niż do „Gwiezdnych wojen”.

Co gorsza, „Skywalker. Odrodzenie” nie jest tylko złym filmem samym w sobie, ale też rzuca mroczne widmo na dwie poprzednie części, sprawiając, że jego bohaterowie, z Rey na czele, są równie bezbarwni i nic nie wnoszący do sagi, jak na początku. Powiem więcej, wybory fabularne z „The Rise of Skywalker” zaburzyły też „równowagę Mocy” i sens działań w obu poprzednich trylogiach. J. J. Abrams chyba jednak rzeczywiście bardziej lubi „Star Treka”, bo ewidentnie strollował cały fandom. Szkoda, że nie zrobił tego przynajmniej w dobrym formalnie filmie.

Naszą recenzję filmu „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” znajdziecie TUTAJ.

Syn Ameryki

„Syn Ameryki” pozostanie dla mnie punktem odniesienia i symbolem fatalnego przeniesienia sztuki teatralnej na pole filmowe. Tylu banalnych, kuriozalnych, kompletnie niepotrzebnych dialogów, które pełnią rolę wysilonego zapełniacza fabuły nadającej się na 20-minutowy krótki metraż już dawno nie widziałem. Całości nie pomaga też egzaltowana i kompletnie nienaturalna Kerry Washington w roli głównej, której kreacja plasuje się pośród jednych z gorszych, jakie widziałem na przestrzeni ostatnich lat.

Naszą recenzję filmu „Syn Ameryki” możecie przeczytać TUTAJ.

Polityka

A tutaj mamy do czynienia z kolejnym quasi-filmem. „Polityka” to luźny zlepek scenek rodzajowych, które Patryk Vega po raz kolejny zaczerpnął z rozmów kuluarowych, nagłówków tabloidów, memów oraz żółtych pasków z TVN-u sprzed jakichś dwóch lat z hakiem. I w sumie nie wiem, czy Vega planował zrobić ten film na serio i mu nie wyszło, czy w zamierzeniu była to zjadliwa satyra, która też mu nie wyszła. Efekt jest taki, że „Polityka” to film zadziwiająco banalny, płytki, nieświeży i nudny. Od solidnych dramatów politycznych dzielą go lata świetlne, a i od satyry rodem z SNL czy nawet „Ucha prezesa” hen daleko. W dodatku całość jest niedbale wyreżyserowana (chyba na kolanie), a ratują ten film właściwie tylko aktorzy. Mimo wszystko nie warto sobie zawracać tym głowy.

Naszą recenzję filmu „Polityka” możecie przeczytać TUTAJ.

Shaft

Nowy „Shaft” zafundował widzom i fanom tej niszowej serii dość nieoczekiwaną zmianę gatunkową. Z produkcji kryminalnej i sensacyjnej film ten przepoczwarzył się w przedziwną mieszankę buddy cop movie i komedii kryminalnej marnej jakości. W dodatku pełną potwornie złych, mizoginistycznych i nieśmiesznych dialogów. Niby Samuel L. Jackson znany jest z tego, że często gra w tego typu potworkach, ale mimo wszystko jestem zdziwiony, że przyjął tę propozycję.

Naszą recenzję filmu „Shaft” możecie przeczytać TUTAJ.

Solid Gold

Uwielbiam obserwować filmy, wokół których robi się wielki szum, a ostatecznie okazuje się, że nie ma o czym gadać. „Solid Gold” to siermiężnie złe kino. Mętna, rozmemłana fabuła, która wlecze się jak flaki z olejem przez ponad dwie godziny, potworny montaż i zdjęcia, kiepska reżyseria i zmarnowany potencjał (w większości) świetnej obsady, która nie ma tu niczego do grania. Szkoda czasu i pieniędzy (także twórców tego filmu). Materiał na solidne kino sensacyjne i thriller w jednym został kompletnie zmarnowany.

Naszą recenzję filmu „Solid Gold” możecie przeczytać TUTAJ.

Rambo: Ostatnia krew

Już w ciągu pierwszych 3 minut „Rambo: Ostatnia krew” wiedziałem, że mam do czynienia z marnymi popłuczynami po dawnej legendzie kina akcji. Gdzieś tak do połowy seansu byłem przybity i zażenowany słabością tego filmu, ale gdy już przekroczyłem tę granicę, w następnej połowie zacząłem się po prostu głośno śmiać. „Ostatnia krew” okazała się bowiem nie tylko marnym filmidłem, z półamatorskim scenariuszem i fatalną reżyserią, ale też, niestety, niezamierzoną parodią całej serii. Mimo wszystko trochę mi smutno, że Sly Stallone postanowił w ten sposób zakończyć swoją własną serię. Do tego stopnia, że osobiście nie uznaję istnienia tego „czegoś” w żadnym kanonie.

Naszą recenzję filmu „Rambo: Ostatnia krew” znajdziecie TUTAJ.