Filmy  /  Artykuł

33 wkurzające rzeczy w „Skywalker. Odrodzenie” i 10 niezłych pomysłów

Picture of the author
398 interakcji
dołącz do dyskusji

„Skywalker. Odrodzenie” to przeciętny film. Co prawda kilka razy szczerze się uśmiałem, ale podczas seansu znacznie częściej kręciłem z niedowierzania głową, a raz z zażenowania odwróciłem wzrok. Postanowiłem podsumować, co dokładnie mnie uwiera w ostatnim epizodzie sagi „Gwiezdne wojny”.

Uwaga na spoilery z filmu „Star Wars: The Rise of Skywalker”.

Najnowszą odsłonę cyklu „Gwiezdne wojny” obejrzałem już dwukrotnie. Po pierwszym seansie „Skywalker. Odrodzenie” przygotowałem recenzję bez spoilerów i wyjaśniłem, skąd w materiałach promocyjnych nowego filmu wziął się Imperator Palpatine. Z kolei po drugiej wizycie w kinie na „The Rise of Skywalker” postanowiłem zebrać myśli i spisać wszystkie moje uwagi do dziewiątego epizodu sagi „Star Wars”.

 „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” - księga skarg i zażaleń

Poniżej wymieniłem te motywy i postaci, które irytowały mnie najmocniej. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy widz będzie tak samo rozczarowany nimi, jak ja, dlatego zachęcam wszystkich czytelników do polemiki oraz do dopisywania swoich punktów do rzeczonej listy w komentarzach!

1. Wielki powrót Imperatora Palpatine’a.

Do samego końca miałem nadzieję, że ten powrót Imperatora, który sugerowały zwiastuny, to tylko zmyłka i zasłona dymna - tym bardziej że przed premierą „The Last Jedi” najpewniej nie było go w ogóle w planach. Jak przeczytałem w napisach początkowych, że po odległej galaktyce krąży nagranie z jego udziałem, byłem podekscytowany - czyżby J.J. Abrams sięgnął po ten materiał z Legend?

W jednej z powieści na motywach „Gwiezdnych wojen” ze starego kanonu gwardziści Palpatine’a wykorzystali stare nagrania, by sfingować jego powrót i rządzili w jego imieniu. W filmie zdecydowano się jednak czerpać z komiksu „Dark Empire”, w którym Sith powrócił w sklonowanym ciele. A do tego po seansie uświadomiłem sobie, że Darth Sidious dłużej chował się na Exagol, niż rządził z Coruscant

2. Gdzie się podział Nowy Zakon Jedi?

Widząc na początku filmu medytującą Rey, która podnosi siłą woli głazy i powtarza „przyjdźcie do mnie”, miałem wizję: bohaterka zaprasza do siebie telepatycznie ludzi wrażliwych na Moc. Widziałem oczami wyobraźni planszę „10 lat później” i odbudowany zakon. Okazało się, że nic z tych rzeczy. Rey chodziło wyłączenie o to, by usłyszeć duchy zmarłych rycerzy Jedi.

3. O co chodzi z mieczem Luke’a?

Broń należąca do najpierw do Anakina, a potem do Luke’a Skywalkera została zniszczona w „Ostatnim Jedi” - wydawałoby się, że bezpowrotnie. Na początku „Skywalker. Odrodzenie” jest jednak znowu sprawna. Jest w posiadaniu Rey, ale bohaterka przekazuje ją mentorce - twierdzi, że nie jest jeszcze godna. Po chwili Leia jednak zwraca miecz świetlny swojego brata dziewczynie.

Trzeba się przy tym naprawdę dobrze przypatrzeć, by dostrzec, iż rękojeść została naprawiona. Jej dwie części łączy nowy element. Zdaję sobie też sprawę, że te sceny przekazywania miecza z rąk do rąk pochodzą z archiwalnych materiałów niewykorzystanych w „Przebudzeniu Mocy” i to były jedne z ostatnich ujęć z Carrie Fisher, ale i tak twórcy powinni je sobie odpuścić.

4. Trójkąt miłosny: Rey, Finn i… Poe.

Nie wiem, co artyści mieli na myśli, ale Finn, który w poprzedniej części zakochał się w Rose, odtrącił ją i znów smali cholewki do Rey. Dziewczyna zdaje się w ogóle tego nie zauważać. Co innego Poe Dameron - ten doskonale rozumie, co się święci. Z jednej strony przekomarza się z Rey, ale bardziej jak Han Solo z Chewbaccą niż z Leią, a w drugiej wygląda na wręcz… zazdrosnego.

Napięcia seksualnego nie ma w tym wszystkim jednak za grosz, co sprawia, że dialogi brzmią wręcz żenująco. W dodatku do samego końca Finn nie zdradza, cóż takiego ważnego chciał powiedzieć Rey, gdy myślał, że zginie. Rose z kolei traktuje jak kumpla, a na jego drodze pojawia się kolejna dziewczyna, z którą znajduje nić porozumienia - ale… z tego też nic konkretnego nie wynika.

5. Nowy epizod, nowy droid.

D-0 jest uroczy, ale to na oko już 17. robot, którego poznaliśmy za sprawą „Star Wars”. Nie dziwne, że twórcy nawet nie starają się robić z niego istotnego bohatera. W dodatku całe uniwersum robi krok w tył. W filmie „Han Solo” poruszono temat emancypacji syntetycznych bytów z własną świadomością, podczas gdy nowy mechaniczny bohater sagi stylizowany jest na gadającego pieska.

6. Gdzie się podziali wszyscy kosmici?

Jakby tego było mało, dostaliśmy kolejny film w uniwersum „Star Wars”, w którym obcy to tylko tło. Dosłownie wszyscy główni bohaterowie to ludzie. Ja wiem, że łatwiej wynająć człowieka do zagrania niż animować model 3D, ale to smutne, że inne rasy niż ludzka są marginalizowane w aż tak dużym stopniu. A co jak co, ale Disney to nie powinien się tutaj zasłaniać brakiem budżetu.

7. Chewbacca powinien zginąć, a C-3PO - stracić pamięć.

Nie zrozumcie mnie źle - uwielbiam ten chodzący dywanik, ale scena, w której rzekomo zginął, była bardzo istotna z punktu widzenia fabuły. Podbijała stawki i pokazywała, że Rey nie panuje nad sobą. Tego drugiego statku, który de facto porwał Wookieego, nie było widać. Wygląda to tak, jakby pierwotnie Chewbacca faktycznie miał umrzeć, ale w połowie prac nad filmem zmieniono zdanie.

Podobnie jest w przypadku C-3PO. Skoro da się przywrócić jego pamięć z backupu, to jego poświęcenie w filmie jest tylko pustym gestem. W dodatku skoro takie backupowanie pamięci jest to możliwe, to co z L3 z filmu „Han Solo” - dlatego jej nie można było tak uratować? Dodajmy, że Lando się na temat droida nawet nie zająknął, gdy wszedł do kabiny Sokoła Millenium.

8. Generał Hux - dobry pomysł, fatalne wykonanie.

Jak usłyszałem, że w szeregach Najwyższego Porządku znajduje się szpieg, którego tożsamości bohaterowie nie znają, od razu wiedziałem, o kogo chodzi. Skąd? To proste, doszedłem do tego metodą eliminacji - nie ma tam po prostu już nikogo innego, kogo znamy. Powód, dla którego Hux zdradził Najwyższy Porządek, jest zrozumiały, ale zabrakło czasu, by ten wątek wybrzmiał.

9. Generał Pryde pojawił się z kolei zbyt późno.

Hux zginął, a jego miejsce zajęła zupełnie nowa postać - inny dowódca o bardzo ostrym głosie, który służył pod Palpatine’em w poprzedniej wojnie. To akurat nieźle napisany bohater. Jest może nieco sztampowy, ale przy tym wiarygodny. Szkoda jednak, że nie był z nami od początku nowej trylogii i bardzo szybko zginął - trochę jak Canady w poprzednim epizodzie.

10. A teraz przechodzimy do sedna: Rey Palpatine. Serio?!

Największa niespodzianka „The Rise of Skywalker” to geneza Rey. Kilka lat temu jej powinowactwo z Imperatorem to była to jedynie naciągana hipoteza fanów, którą się podawało dalej pół żartem, pół serio - tak jak tą mówiącą, że Jar Jar Binks to tak naprawdę Darth Plagueis. Tak czy inaczej motyw, by rodzice Rey nie byli sławni, był tym, co z wkładu Riana Johnsona w sagę trzeba było zachować…

Już lepszym pomysłem, jeśli już J.J. Abrams się uparł, by dać bohaterce sławnych i silnych w Mocy przodków, byłaby Rey Kenobi. Jej babcię moglibyśmy wtedy poznać w serialu o Obi-Wanie - no ale niestety Myszka Miki miała zupełnie inne plany. A jeśli myślicie, że Rey Palpatine to nie jest taki zły pomysł, to spróbujcie sobie wyobrazić Imperatora uprawiającego seks i zmieniającego pieluchy. Powodzenia.

11. Wizja, jaką miał Kylo Ren.

Pojawienie się Hana było niespodziewane - jego bohater nie żyje! Do tego nie był wrażliwy na Moc, ale mimo to twórcy postanowili zagrać na emocjach widzów. Całą głębię sceny spotkania ojca z synem przyćmiewa jednak fakt, że tak naprawdę Ben wybacza… sam sobie. Mam wrażenie, że pierwotnie w tej scenie miała pojawić się Leia - żywa albo jako duch. Lepszy tutaj byłby nawet Luke.

12. Ducha Mocy władza nad materią.

Jeśli już jesteśmy przy zjawach, to nie mogę przeboleć, że zmarli rycerze Jedi mają władzę nad materią. Skywalker łapiący miecz był zupełnie niepotrzebny - tak samo, jak Yoda miotający piorunami w „The Last Jedi”. Duchy nie powinny mieć wpływu na świat materialny.

13. Miecz świetlny Czechowa.

Podobnie niepotrzebny był kolejny miecz świetlny - ten księżniczki. Pomysł, by z powodu wizji Mocy oddała go na przechowanie bratu, jest strasznie naciągany. Można to było rozegrać znacznie lepiej. Na początku filmu Leia powinna przekazać swój miecz Rey, a dziewczyna po powrocie na Ahch-To powinna znaleźć ten drugi, zielony miecz Skywalkera.

14. „The Rise of Skywalker” powinien być podzielony na dwie części.

Film gna na złamanie karku. Jest niczym teledysk. Upchnięte zostało w nim tyle treści, że wystarczyłoby na całą trylogię. Znacznie lepiej by było, gdyby reżyser dał widzom kilka razy w trakcie odetchnąć i gdyby film skończył się tuż przed odlotem na Exagol. Akurat ładnie spięło to wątki Rey, Finna i Poe oraz Kylo Rena. Mogliśmy dostać nawet kolejny przeskok czasowy.

Tak się jednak nie stało, a ostatni akt był tak samo zły, jak walka z Doomsdayem w „Batman v Superman”. Szkoda, ogromna szkoda, bo wszystkie powyższe zarzuty to tak naprawdę nic przy tym, co działo się później. Do tego rozbijanie ostatniego filmu z cyklu na dwie części to sprawdzony numer. Wystarczy wspomnieć takie serie jak „Harry Potter” i „Hunger Games”.

15. Do budowy floty wykorzystano metodę kopiuj-wklej.

Spece od efektów specjalnych naćkali niszczycieli Sithów na nieboskłonie ich rodzimej planety - zupełnie niepotrzebnie! Dodanie kolejnych i ustawienie ich w kratkę aż po horyzont nie wygląda wiarygodnie - prędzej pasuje do kreskówki i przywodzi na myśl animację „Clone Wars” stacji Cartoon Network od Tartakowsky’ego.

Podobny zarzut tyczy się zgrai statków tych „zwykłych ludzi” w ich kosmicznych taksówkach i dostawczakach, którzy przylecieli na pomoc. Cały kadr był zawalony pojazdami, spece od efektów specjalnych po prostu przesadzili. Pod względem wiarygodności starcia dużo lepiej wypadł atak na 2. Gwiazdę Śmierci w „Powrocie Jedi”.

16. Scena w sali tronowej.

Podczas seansu aż odwróciłem się do Dawida Kosińskiego i zażartowałem, że „oto nadeszła Rey Palpatine, pierwsza tego imienia”. Po tym, jak parsknął śmiechem, wnioskuję, że również i on zauważył podobieństwo do „Gry o tron”.

17. Kamehameha w wykonaniu Palpatine’a.

Ta scena to był dla mnie taki punkt przełomu. Jak tylko zobaczyłem te pioruny lecące w niebo, to posmutniałem. Wyglądało to tandetnie i przywodziło na myśl jakieś generyczne fantasy. Wiem, że trudno byłoby pokazać zdolność o nazwie Bitewna Medytacja, ale to, co dostaliśmy w zamian, wygląda po prostu fatalnie.

18. Gwiazda Śmierci w wersji mobilnej

Już po poprzednim filmie J.J. Abramsa fani mu dogryzali, że nie jest w stanie wykreować ciekawej superbroni. Teraz reżyser udowodnił, że widzowie trafili w sedno. Nowy pomysł na podbicie stawki to zamontowanie lasera z Gwiazdy Śmierci we wszystkich niszczycielach Sithów. Obawiam się, że jeśli postałby jeszcze jeden film, to takie lasery każdy nosiłby w kieszeni.

Smutne jest też to, że atak Anakina Skywalkera na statek dowodzący armią droidów na Naboo w „Mrocznym Widmie” oraz zniszczenie dwóch Gwiazd Śmierci nie był dla Imperatora nauczką. Sith ponownie zdecydował się umieścić nadajnik kontrolny swojej armii w jednym miejscu, wystawiając Ruchowi Oporu cel na tacy - jeden precyzyjny atak dał im zwycięstwo.

19. Brak emocji, gdy giną bezimienni ludzie.

Palpatine chciał demonstracji siły. Niestety na cel wybrano Kijimi - chyba tylko dlatego, że o planecie wspomniano kilka scen wcześniej. Wysadzenie tego świata wzbudza jeszcze mniej emocji, niż zniszczenie systemu Hosnian Prime w „The Force Awakens”. Do tego uziemiona na nim dziewczyna, w której kocha się Poe, jakimś cudem chwilę przed wybuchem się ewakuowała.

20. Szkoda mi tylko Snapa Wexleya.

Jego śmierć w kontekście powrotu wybranki Damerona była jak strzał w pysk. W filmach miał on może rolę trzecioplanową, ale był ważną postacią w filmach i komiksach. Uśmiercenie go na chwilę przed przybyciem odsieczy, podobnie jak Biggsa Darklightera w „Nowej nadziei”, to był zupełnie niepotrzebny ruch.

21. Rycerze Ren okazali się niepotrzebni.

J.J. Abrams już cztery lata temu rozpalił wyobraźnię fanów, informując o tym, że Kylo jest przywódcą rycerzy Ren. Skąd się wzięli i kim są członkowie tego zakonu? Z filmów się nie dowiadujemy. Genezę tych zamaskowanych postaci poznamy dopiero w komiksach, ale po tym, jak zostali wybici przez Bena Solo w kilka sekund, niezbyt mnie to w zasadzie interesuje.

22. O co tak naprawdę chodziło Palpatine’owi?

Wiemy, że Snoke był marionetką Imperatora i chciał zabić Rey - i to mogła, ale wcale nie musiała być jego własna inicjatywa. Palpatine o to samo prosił później Kylo Rena. Co jednak ciekawe, gdy dziewczyna pojawiła się u niego w świątyni, plan się zmienił. Sith chciał, by Rey zabiła go w gniewie, a tym samym jego świadomość zamieszkałaby w jej ciele.

Rey się na to jednak nie zdecydowała, a wtedy Darth Sidious… zmienił podejście do niej o 180 stopni. Uznał, że wnuczka jednak nie jest mu potrzebna i chciał usmażyć ją oraz wnuka Dartha Vadera, bo odkrył, że łączy ich specjalna więź. Zaczął wysysać z nich energię życiową niczym typowy łotr w świecie fantasy. Słabo, oj słabo to wyglądało.

23. Dialogi wołają o pomstę do nieba.

Zresztą nie tylko one. Finał był w mocno hollywoodzkim stylu w złym tego słowa znaczeniu. Pompatyczne teksty nie budowały poczucia, że oglądamy coś ważnego. One raziły. Słowne przepychanki, jakiego ugrupowania potomkowie zasiedlają głowę Rey, były mocno naiwne. J.J. Abrams gracji nie miał w tym momencie za grosz.

24. Leczenie mocą? Tak. Transfer esencji życiowej? Nie bardzo.

Zdolność leczenia siebie i innych przy użyciu Mocy była już wielokrotnie pokazywana, zwłaszcza w grach wideo, ale tutaj przekracza granice absurdu. Skoro takie sztuczki umieją wszyscy - nawet The Child z serialu „The Mandalorian” - to czemu Obi-Wan nie uratował w ten sposób swojego mistrza, Qui-Gon Jinna? Taki transfer energii życiowej bardziej pasuje do Władcy Pierścieni.

25. Najgorszy pocałunek świata.

Moment, w którym usta Rey dotknęły tych należących do Kylo, był kompletnie niepotrzebny. Na sali kinowej rozległ się podczas niej jęk zawodu i to był ten moment, kiedy przy pierwszym podejściu do „Skywalker. Odrodzenie” aż odwróciłem wzrok od ekranu. Mniej zażenowania wzbudza całus, który Leia złożyła na ustach Luke’a Skywalkera. I to nawet wtedy, gdy ogląda się ze świadomością, że to brat i siostra.

26. Medal dla Chewie’ego to obraza, a nie wyróżnienie.

Fani od zawsze wypominają George’owi Lucasowi, że Chewbacca nie dostał swojego medal za pomoc w zniszczeniu Gwiazdy Śmierci. Leia wreszcie naprawiła ten błąd. Gdy umierała, trzymała w dłoniach złoty medal - taki sam, jaki wręczyła Luke’owi i Hanowi na czwartym księżycu planety Yavin.

Maza Kanata ten medal wzięła i przekazała go Chewbacce. Ten był wzruszony, ale po seansie naszła mniej myśl, że szkoda tylko, iż miało to miejsce gdzieś w krzakach i nikt tego nie widział. No i szkoda też tego, że Leia miała na ten gest kilka dekad, a wreszcie nie zdążyła tego zrobić.

27. Finn i wrażliwość na Moc.

Film raz po raz sugeruje, że właśnie tak jest - wyczuł na odległość chwilowe zatrzymanie akcji serca u Rey niczym Leia problemy brata w Mieście w Chmurach. Nie podobał mi się też dialog, w którym sugeruje, że to nie on sam odpowiada za swoje decyzje i za to, że wyrwał się z jarzm Najwyższego Porządku, tylko pchnęła do tego jego i innych dezerterów wyższa siła.

28. Poe jako przemytnik.

Rozumiem, że J.J. Abrams chciał nadać nowemu przywódcy Ruchu Oporu nieco głębi, ale nie tędy droga - robienie z najlepszego niewrażliwego na Moc pilota nowej trylogii lichej kopii Hana Solo to najgorsze, co mogło tę postać spotkać. Co ciekawe, spośród wszystkich głównych bohaterów, to właśnie Poe budził moją największą sympatię - ale nie miał zbytnio konkurencji…

29. Rey to taki Darth Maul trylogii sequeli, tylko po jasnej stronie Mocy.

Uczeń mistrza Sith z „Mrocznego Widma” nie był pełnoprawną osobą. To było narzędzie bez własnych marzeń i ambicji. To samo można powiedzieć o Rey - jedyne, co ją napędza, to oczekiwania innych i w wizji J.J. Abramsa definiuje ją to, kim są jej krewni. Zbieraczka złomu z Jakku praktycznie nie ma osobowości - a przynajmniej my jej nie widzimy.

30. Powrót na Tatooine nie ma sensu.

Rey pochowała symbolicznie Luke’a i Leię na farmie Larsów na Tatooine, grzebiąc w piasku ich miecze świetlne. Dzięki temu saga skończyła się tam, gdzie się zaczęła, ale to, co ma sens z perspektywy widza, nie jest logicznym wyborem z perspektywy bohaterki. Rey nie ma żadnego związku z tym piaszczystym globem - ona dorastała na Jakku.

Anakin i Luke może i się wychowywali na Tatooine, ale obaj nienawidzili tej planety. Z kolei Leia ostatnim razem nosiła tam metalowe bikini i dusiła łańcuchem ogromnego ślimaka. W ostatniej scenie brakowało też Anakina. Hayden Christensen powinien pojawić się obok nich - i szkoda, skoro już miał głosowe cameo.

Dodajmy, że motyw zachodzących podwójnych słońc w epilogu wykorzystany został w ósmym epizodzie. Wracanie do niego w kolejnych filmie nie wywoła już aż tak dużych emocji, jak odejście Luke’a w „Ostatnim Jedi”. To też koronny dowód na to, że J.J. Abrams miał w poważaniu to, co zostawił mu Rian Johnson.

31. Rey Solo, a nie Skywalker.

Rozumiem, o co chodziło w ostatniej scenie, ale niezbyt mi się ona podobała. Na dobrą sprawę więcej sensu by miało, gdyby Rey przyjęła nazwisko Solo. Po pierwsze, to Han był jej pierwszym mentorem, a po drugie, gdyby tylko Ben przeżył, to pewnie przyjęłaby nazwisko po nim.

Rey uczyła się pod okiem Luke’a zaledwie kilka dni. Dużo więcej czasu spędziła z Leią, ale generał Ruchu Oporu przecież de facto nigdy nie była Skywalkerem. Jeśli tylko ta ostatnia scena odbyłaby się w kosmoporcie, a nie na pustyni, to byłaby świetnym nawiązaniem do drugiego ze spin-offów!

32. Nowa trylogia w zasadzie nic nie zmieniła.

Rycerze Jedi są na krawędzi wymarcia, ale ostatni z nich ma za zadanie odbudować zakon. Powstanie przeciw autorytarnej władzy zakończyło się powodzeniem, a po brawurowym ataku udało się zniszczyć superbroń. Zobaczyliśmy nawet Ewoki patrzące w niebo, na którym coś wybuchło. Brzmi znajomo?

33. No i nie mogę przeboleć tytułu!

„Skywalker. Odrodzenie” brzmi idiotycznie, skoro mogło to być chociażby „Odrodzenie Skywalkera”. Mam jednak zgrzyt nie tylko z tłumaczeniem, ale również z oryginałem. Wolałbym coś pokroju „Legacy of the Republic”. Poprzednie epizody w tytułach wykorzystywały w końcu uniwersalne pojęcia i nazwy własne - a tutaj nagle w dziewiątym dostaliśmy nazwisko zmarłego bohatera.

Obawiałem się, że to oznacza, że Rey uzna, iż faktycznie trzeba pozbyć się bagażu w postaci nauk Jedi i po śmierci Luke’a, Lei i Bena otworzy zupełnie nowy zakon, a jego rycerze będą nazywani chodzącymi po niebie. I w zasadzie to nie wiem, czy nie byłoby to lepsze rozwiązanie, niż przyjęcie przez bohaterkę nazwiska mentora, z którym spędziła tylko kilka dni…

Były jednak momenty, które mi się w „Star Wars: The Rise of Skywalker” bardzo podobały

Chociaż dziewiąty epizod sagi „Star Wars”, a zarazem jedenasty film osadzony w tym uniwersum oceniłem dość chłodno, to wcale to nie oznacza, że skreślam ten obraz całkowicie. Znalazło się dziesięć rzeczy, które sprawiły mi ogromną frajdę i były bardziej hot niż not:

  • BB-8 wziął sobie do procesora słowa Rey o przekazywaniu życiodajnej mocy i doładował akumulator innego droida - to było słodkie;
  • Finn i Poe zastanawiają się, czy Rey miesza również im w umysłach - aczkolwiek sam mindtrick w jej wykonaniu był taki… marvelowy, a nie poważny jak u Luke’a czy Obi-Wana;
  • to bohater, wypowiadający się w imieniu widzów, zadał pytanie o manewr Holdo i usłyszał wyjaśnienie, że on jest nie do powtórzenia - co jest satysfakcjonującą odpowiedzią na pytanie, dlaczego w ten sposób nie niszczono Gwiazd Śmierci;
  • krótkie cameo Wedge’a Antillesa bardzo mi się podobało - facet nadaje się do ostatniej akcji jak nikt inny, bo ma przecież na koncie dwie Gwiazdy Śmierci;
  • super było też cameo różnych rycerzy Jedi w formie głosów, które słyszy Rey oraz potwierdzenie, że Anakin faktycznie przywrócił równowagę Mocy - na tyle, że jestem nawet gotów przymknąć oko na to, że kilkoro z nich umarło, zanim rycerze Jedi posiedli zdolność zachowywania swojej świadomości po śmierci;
  • ze zdumieniem odkryłem, że podoba mi się story arc Kylo Rena, który po tylu zbrodniach tak jak jego dziadek nie mógł zaznać pełnego odkupienia i nawet nie przeszkadza mi to, że umarł w zasadzie tak samo jak Darth Vader - gdyby tylko nie ten ostatni pocałunek…;
  • aktor grający Bena Solo w ostatnich chwilach życia tej postaci wspiął się na wyżyny i wylał z siebie morze charyzmy podczas ostatnich pojedynków - a co ciekawe, w jego ostatnim ujęciu zobaczyłem w twarzy Adama Drivera rysy Haydena Christensena…
  • tak jak z początku wkurzał mnie ForceTime™, to po przemyśleniu sprawy uznałem, że ta więź pomiędzy Kylo Renem i Rey naprawdę nieźle się rozwinęła - to jeden z niewielu dobrych pomysłów, które przy okazji zostały dobrze zrealizowane;
  • podoba mi się miecz świetlny Rey, który sama zbudowała - co prawda żółta klinga to mało wysublimowane podkreślenie, że od teraz chce kroczyć swoją ścieżką, ale super, że rękojeść wykonała z pałki, którą zabrała ze sobą z Jakku;
  • doceniam też, że w „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” był tylko jeden epilog, a nie kilkanaście, jak we Władcy Pierścieni.
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst