1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Zespół Korn jest pogrążony w rozpaczy. Recenzujemy krążek „The Nothing”

korn the nothing recenzja

„Pechowy” trzynasty album w karierze nu-metalowej grupy Korn, choć nie wywołuje trzęsienia ziemi, potwierdza siłę i wagę zespołu, który zajmuje ważną pozycję na muzycznej scenie już od ponad 26 lat.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nigdy nie należałem do oddanych fanów kapeli Korn. Z początku, gdy poznawałem ich kawałki u schyłku lat 90., miałem mieszane uczucia. Podobały mi się przesterowane, diabelsko niskie tony gitar i basów, ciekawe pomysły na rytmikę, mroczne i ciężkie riffy, ale ich artystyczne wybory i ścieżki już nie zawsze. Kiedy sięgnęli szczytów popularności wraz z premierą krążka „Issues” (mój ulubiony w ich dorobku) często zwracali się ku „tanim” rozwiązaniom mającym na celu przypodobanie się szerszej publiczności.

Gdy ich płyty zaczęły się fenomenalnie sprzedawać, Korn nie szczędził wydatków na produkcję, przez co nierzadko mieliśmy do czynienia z przerostem formy nad treścią. W pewnym momencie zaczęli tak bardzo staczać się w stronę muzycznej tandety, że stali się niemalże parodią samych siebie (etap ich twórczości, gdy sięgnęli po dubstep pominę).

Ale wraz z krążkiem „Paradigm Shift” przyszła tytułowa zmiana i to na lepsze, a poprzedni krążek, „Serenity in Suffering” był już naprawdę dobrą, solidną porcją nowoczesnego i bezkompromisowego metalu. Nawiązywał on udanie do ich najlepszych dokonań z początków kariery.

„The Nothing” już tak dobry nie jest, ale to nadal ta sama, właściwa, ścieżka. Korn jest jednym z nielicznych zespołów, który wydaje się wręcz z góry zaprogramowany do stworzenia soundtracku wszystkich smutnych, depresyjnych i dołujących myśli oraz przeżyć. Wspomniane wcześniej niskie, przesterowane gitary brzmią, jakby je wyjęto ze złowieszczego horroru, a przesiąknięty bólem i smutkiem wokal Jonathana Davisa tylko potęguję uczucie koszmaru i emocjonalnego rozdarcia.

Sam Davis jest niczym apostoł goryczy i umęczenia, mroczny anioł zwiastujący cierpienie. Bo też całe jego życie naznaczone jest bólem i traumą.

Był wykorzystywany seksualnie jako dziecko przez swoją opiekunkę. Wyśmiewany i odrzucony przez otoczenie z powodu wyglądu i astmy. Latami zmagał się z depresją, alkoholizmem i uzależnieniem od narkotyków. Jakby tego było mało, w zeszłym roku zmarła jego matka, a kilka miesięcy później, w skutek przedawkowania narkotyków, zmarła też jego żona, Deven. Trudno wyobrazić sobie ile jeszcze tragedii jest w stanie spaść na jednego człowieka. Nietrudno jednak zdziwić się widząc tak boleśnie jasny i dobitnie klarowny tytuł nowego krążka grupy – „The Nothing”. W stanowiącym intro The End Begins Davis w ostatnich sekundach po prostu płacze.

Cold zaczyna się trochę tak, jakby muzyk wychodził ze stanu szoku. Niepokojące dźwięki gitar zespolone z perkusją wzywają do otrząśnięcia się. Dalej, gdy brzmienie się zagęszcza, nasze małżowiny są raczone przepysznymi wolno kroczącymi riffami w zwrotkach, które w melodyjnym refrenie nabierają rozpędu.

You’ll Never Find Me, który jest wiodącym singlem promującym „The Nothing” słusznie przywodzi skojarzenia z krążkami „Issues” czy „Untouchables”.

Znajome rytmy i rozwiązania melodyjne. Nie jest to może odkrywczy kawałek, ale jest też na tyle mocny  i dobrze zagrany, że trudno nazwać go klasyczną zapchajdziurą. The Darkness Is Revealing jest o wiele ciekawszy, choć też oparty na kornowych schematach, głównie dzięki świetnym riffom, które wraz z niezawodną sekcją rytmiczną tworzą niemalże szatański związek.

Idiosyncrasy to jeden z najcięższych kawałków na „The Nothing”. Tłusta linia basu oplata zwrotki, a w przejściach muzycy wchodzą w naprawdę mroczne i nisko nastrojone rejony, a Davis sięga po death metalowy growl.

W stanowiącym interludium The Seduction Of Indulgence witają nas niepokojące dźwięki bębnów rodem z jakiegoś pokręconego horroru. Davis po raz kolejny powraca w nim do traumy molestowania z dzieciństwa. Nie da się słuchać tego kawałka bez poczucia dyskomfortu.

Właściwie to trudno znaleźć na „The Nothing” jakiś wyraźnie słabszy kawałek.

Nawet te, które brzmią znajomo, jak choćby Can You Hear Me czy wspomniany wcześniej You'll Never Find Me, mają w sobie tyle energii i świetnie zaaranżowanych motywów brzmieniowych, że nie ma się poczucia wtórności.

Aż trudno uwierzyć, że Korn jest już na rynku 26 lat i, co ważne, jest w stanie się na nim utrzymywać. Udowadniając, że nie był tylko chwilową modą - choć oczywiście lata największej popularności ma już za sobą. Przede wszystkim jednak, muzycy nie odcinają beznamiętnie kuponów od swojej sławy. Nawet jeśli niekoniecznie przecierają nowe szlaki muzyczne, to nadal mają w sobie masę energii, gniewu i zapału, co 20 lat temu, a „The Nothing” to, w swoim gatunku, naprawdę solidna i rzetelna dawka soczystych riffów i wisielczego nastroju.

korn the nothing okladka