1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy
  4. Seriale

Nawet Patryk Vega zawiódł na całej linii. Dlaczego polska kultura jest tak łagodna dla polityków?

Polityka: Vega zawiódł. Dlaczego polska satyra polityczna jest w kryzysie?

„Polityka” Patryka Vegi okazała się niewypałem i dosyć smutnym komentarzem na temat stanu satyry politycznej w Polsce. Gdy zestawimy polską kulturę z jej amerykańskim odpowiednikiem, to dostrzeżemy olbrzymie braki w mocnym komentowaniu rzeczywistości partyjnej. Z czego to wynika?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Patryk Vega to postać w polskiej kinematografii na pewno kontrowersyjna i budząca często negatywne emocje wśród fanów kina. Ale bez względu na to, jak oceniamy jego dotychczasową twórczość, jego zapowiedź stworzenia mocnego filmu politycznego została przez wiele osób przyjęta z nadzieją. Szybko okazało się, że „Polityce” bliżej będzie do „Kobiet mafii” niż „Lincolna”, ale wciąż miała szansę wyjść z tego mocno satyra polityczna.

Vega zawiódł jednak nadzieje. Jego najnowszy film nie był ani głębokim portretem polityków, ani mocnym komentarzem na temat afer toczących świat rodzimych partii. A przecież zarówno na jedno, jak i drugie była szansa. Kreacja Andrzeja Grabowskiego dawała możliwość na ciekawą i oderwaną od partyjnych sporów biografię kontrowersyjnego polityka. Polski reżyser jest też znany z mocnego języka i odwagi w kreowaniu mocnych sytuacji. W „Polityce” zabrakło jednak scen, które zapadają w pamięć. Żaden skandal nie był nowy, żadna ludzka krzywda nie została pokazana w sposób poruszający.

„Polityka” czy wcześniej „Ucho Prezesa” w teorii miały wolność pokazywania i wyostrzania rzeczywistości. Ale były dla polityków przeraźliwie grzeczne.

polityka opinie

Można to porównać do rodzicielskiego pogrożenia palcem. I tutaj dochodzimy do pierwszego poważnego problemu polskiej satyry - braku odpowiednich środków wyrazu. Nawet w czasach głębokiego PRL-u, gdy łatwiej było zdefiniować politycznego wroga, w rodzimej kulturze mało było mocnych ataków wymierzanych przez twórców za pomocą ich dzieł. Przeciwko systemowi występowało się z pomocą metafory, żartu i pod płaszczykiem gatunkowych dzieł. Z kolei twórcy działający w zgodzie z komunistyczną propagandą musieli się też ograniczyć do mało wyszukanego, ideologicznego języka.

Obie strony nie miały więc możliwości nauczyć się innej satyry. Atakowanie polityków wprost było podniesieniem ręki na władzę, a wiadomo było jak się to kończy. Obecnie polskie prawo znacznie mocniej chroni twórców politycznej parodii, ale trudno to mimo wszystko porównywać do ochrony, jaką nad amerykańskimi twórcami roztacza pierwsza poprawka do Konstytucji. Krzywdę polskiej satyrze wyrządziła też dominacja kabaretowego stylu, który raczej koncentruje się na stronie wizualnej, a nie merytorycznej. Raczej kpi się tam z tego jak polityk wygląda i jak mówi, a nie z tego, co mówi. W dodatku przeważnie są to żarty na niewyszukanym poziomie i wbrew pozorom raczej łaskawe dla klasy politycznej.

W dużej mierze dlatego, że to właśnie ona trzyma rękę na pieniądzach. Jeżeli Patryk Vega miał szansę przełamać niemoc kulturowego przekazu, to właśnie dzięki swoim możliwościom finansowym.

Problem w tym, że jak zwykle w tego typu sytuacjach skończyło się na gadaniu. Autor „Polityki” opowiadał w niemal każdym wywiadzie o naciskach ze strony polityków i obietnicach finansowego wsparcia dla jego następnych filmów. Wbrew pozorom to ważna kwestia. Tylko tacy reżyserzy jak Wojciech Smarzowski, Agnieszka Holland czy właśnie Vega mogą sobie pozwolić na zignorowanie wsparcia ze strony państwa. Większość polskich filmów „artystycznych” jest mocno uzależniona od dotacji z PISF-u.

A te w obecnym klimacie politycznym bardzo łatwo cofnąć. Dlatego tym bardziej smuci, że Vega nie wykorzystał swojej przewagi. Na początku filmu pojawia się plansza, na której napisano: „Tu miała być reklama, ale się wystraszyli”. Nawet jeśli taka sytuacja rzeczywiście miała miejsce, to sami twórcy chyba nie zgrzeszyli większą odwagą. Bo właściwie czego nietypowego dowiedzieliśmy o polskich politykach? Że często są hipokrytami, zdradzają, knują, walczą głównie o pieniądze i wynajdują na siebie haki. To przecież nikogo w Polsce nie zaskakuje. Zdanie na temat członków partii i ogólnej mentalności (cytując Vegę) „dwóch napierdalających się uli” w naszym kraju nie jest przecież inne. Oprócz masy oczywistości obejrzeliśmy tak przerażające grzechy polityków jak: obieranie ziemniaków, uczenie się gestów, miłość do kota, wyalienowanie ze społeczeństwa i poczucie osamotnienia. Brzmi to bardziej jak głos współczucia, względnie kiepski żart.

Problem w tym, że polscy twórcy albo żyją mitem obiektywizmu, albo boją się uderzyć konkretnie w jedną opcję polityczną.

Kojarzy się to wielu osobom z polityczną propagandą na zlecenie. Jednocześnie słusznie i niesłusznie. Niestety, przeważnie właśnie na tym się kończy. Bo tego typu dzieła w Polsce stoją na niezwykle niskim poziomie i posługują się prostackimi metodami. Rodzimi pisarze, reżyserzy i muzycy nie są też wolni od największego grzechu polskiego życia politycznego, czyli przymykania oczu na grzechy reprezentantów własnego środowiska i poglądów.

Zamiast mocnego komentarza zgodnego z własnym kręgosłupem moralnym mamy więc paradę podlizywania się politykom swojej opcji i krytykowanie bez ładu i składu przeciwników. Bycie fair wobec własnych poglądów nie oznacza przy tym niepodważalnego obiektywizmu, który ostatnio zastąpiło popularne słowo „symetryzm”. Dobrze pokazał to Wojciech Smarzowski w jednym z niewielu udanych filmów politycznych ostatnich lat. „Kler” z jednej strony pokazywał liczne grzechy instytucjonalnego Kościoła, a z drugiej nie walił na oślep i potrafił dostrzec postawy godne pochwały i prawdziwą wiarę wśród niektórych księży.

polityka opinie

Najlepszy przykład jak to się robi można zaś zaczerpnąć ze Stanów Zjednoczonych. Twórcy „Prezydenta z kreskówki” wcale nie ukrywają, że mają jak najgorsze zdanie o prezydencie Trumpie. Libertariańscy twórcy „South Parku” wymierzają razy wszystkim bez litości, ale też w zgodzie z rzeczywistą sytuacją i co ważne - poglądami swoich postaci. Dlatego Obamę za niespełnione obietnice krytykował Cartman, a przeciwko panu Garrisonowi (czyli serialowemu Trumpowi) występował Kyle. Seriale satyryczne w USA zawsze atakują z otwartą przyłbicą. Gdy polityk jest wyśmiewany za romanse, to widzimy Billa Clintona. Jeśli głupotę, to George'a Busha Jra.  Hilary Clinton przedstawia się jako osobę zimną, a obecnego prezydenta jako kogoś przeraźliwe zadufanego w sobie. Nikt nie boi się też mówić wprost o prywatnych sprawach polityków. W „American Dad” znajdziemy odcinek poświęcony alkoholizmowi Busha, w „South Parku” zobaczymy rasizm Trumpa, a w „Ricku i Mortym” Obama okaże się człowiekiem ogarniętym kompleksem wyższości.

W ostatnich kilku latach pojawiły się głosy o śmierci satyry. Rzeczywistość miała rzekomo wyprzedzać najmocniejszą nawet fikcję czy parodię.

To absolutnie błędne myślenie. Sama satyra wciąż może doskonale komentować i wzmacniać rzeczywistość. Problem nie leży w samym gatunku, a podejściu do niego przez twórców. Satyra nie może powstawać na zamówienie polityków, musi być bezkompromisowa i odważna. Musi mieć coś do powiedzenia, a przy tym opierać się na faktach z życia bohaterów.

Satyra nie ma uciekać od rzeczywistości, ani się z nią ścigać. Ma na niej żerować, tuczyć się na niej i zyskiwać tematy. Czasem można powiedzieć coś ciekawego o stanie życia politycznego, pokazując je inaczej niż za pomocą dwóch zwalczających się obozów. Wystarczy wspomnieć słynny odcinek „South Parku”, w którym wybory okazują się przykrywką dla wspólnego skoku stulecia zorganizowanego przez Obamę i jego kontrkandydata, Johna McCaina. Wystarczy uciec od banału, włożyć trochę serca i uciec od trzech wspomnianych słabości polskiej karykatury politycznej. Filmowi Patryka Vegi się to nie udało. I przynajmniej na razie nic nie wskazuje, by w przyszłości ktoś zdołał odnieść sukces tam, gdzie „Polityka” zawiodła.