1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

„Kapitan Marvel”, „Hellboy”, „Shaft” - największe filmowe rozczarowania pierwszego półrocza 2019 roku

kapitan marvel filmowe rozczarowania 2019

Pierwsze półrocze 2019 zapowiadało się naprawdę znakomicie, a tymczasem najbardziej przeze mnie wyczekiwanie blockbustery jak na razie okazały się wielkim rozczarowaniem. Tak źle nie było już od lat.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Kapitan Marvel

Tutaj mamy do czynienia z filmem, który przejdzie do historii nie jako dzieło rozrywkowe, tylko tuba propagandowa feminizmu i poprawności politycznej. Tak oto wygląda widowisko, w które wtrąca się zbyt dużo politycznych lobbystów. Przeciętna fabuła, rozczarowująca jak na standardy Marvela, to najmniejszy problem. O wiele większym jest podkreślanie na każdym kroku emancypacji tytułowej bohaterki. A ta z kolei jest chłodna, nijaka, pozbawiona życia i energii.

Sukces „Kapitan Marvel” zawdzięcza głównie genialnej machinie marketingowej MCU, która na dobrą sprawę napędza kolejne odcinki serii. W tym wypadku dodatkowo wprowadzając niecnie ludzi w błąd, obiecując, że Kapitan Marvel odegra ważną rolę w wielkim finale „Avengers: Koniec gry” i walce z Thanosem. Spoiler – nie odegrała ważnej roli. To, jak nieznaczącą w całym MCU bohaterką okazała się Kapitan Marvel po seansie „Endgame” jeszcze bardziej sprawia, że film o jej przygodach traci jakąkolwiek rację bytu. Ostatecznie okazał się on potwornie drogą (choć opłacalną) marketingową machlojką Disneya/Marvela. Ech, zatęskniłem za naiwnymi blockbusterami z lat 80. i 90.

Hellboy

Niby zwiastuny nie nastrajały pozytywnie, ale naiwnie wierzyłem, że nie da się zrobić złego filmu z Hellboyem w roli głównej. A jednak się da. Nowy „Hellboy” jest bardzo zły. I nie chodzi tu nawet o brak fantazyjnej ręki i wyobraźni Guillermo del Toro. „Hellboy” cierpi na mętny scenariusz, jest prymitywnie wulgarny i do tego niepotrzebnie brutalny. Tak jakby twórcy chcieli zakryć swoje braki w wyobraźni i ciekawych pomysłach pod osłoną odwracaczy uwagi w postaci masy bluzgów i flaków.

Avengers: Koniec gry

O rany, ależ mnie finał trzeciej fazy MCU rozczarował. Tym bardziej, że dotąd większość ich widowisk raczej mnie nie zawodziła, a i „Avengers: Wojna bez granic” okazał się genialnym blockbusterem. W dodatku z jednym z najlepszych cliffhangerów w historii. Ale nie jest tak, że „Koniec gry” nie podobał mi się, bo wypadł blado na tle „Wojny bez granic”. „Endgame” to po prostu zwyczajnie w świecie słaby film. Począwszy od chaotycznego scenariusza, przez mętnie wyjaśnione reguły podróży w czasie, po przedziwne ścieżki, którymi scenarzyści poprowadzili bohaterów (otyły Thor = WTF?!). „Koniec gry” to kilka krótkich filmów posklejanych byle jak w jeden, zdecydowanie za długi, rozwlekły kloc. Stworzony tylko po to, by naprędce pozamykać rozpoczęte wcześniej wątki i pożegnać się z kilkoma bohaterami. Wielkie, potężne rozczarowanie.

Men in Black: International

W tym przypadku rozczarowanie nie jest może wielkie, ale jednak trochę mi szkoda zmarnowanego potencjału. Uniwersum „Facetów w Czerni” jest na tyle ciekawe i barwne, że spin-off byłem gotów przyjąć z otwartymi ramionami. No, ale niestety - znowu skupiono się bardziej na motywach emancypacyjnych głównej bohaterki granej przez Tessę Thompson, niż na skorzystaniu z bogatego świata przedstawionego, ciekawej intrydze oraz efektownych sekwencjach. I tak dostaliśmy kolejne już widowisko, które nuży nijakością i wylatuje z pamięci chwilę po zakończeniu oglądania.

Shaft

Przyznam, że dawno już nie widziałem filmu należącego do większej serii, który tak bardzo zmieniłby przynależność gatunkową. „Shaft”, który jest kontynuacją filmu „Shaft”, będącego sequelem filmu „Shaft” (twórcom nawet nie chce się dopisywać numerków do kolejnych odsłon) to przedziwne przepoczwarzenie thrillera akcji w komedię policyjną. Dialogi i sytuacje w tym filmie są tak czerstwe i przesiąknięte „staroszkolnym seksizmem” oraz mizantropią, że nawet zwykle niezawodny Samuel L. Jackson nie daje rady z ratowaniem tej produkcji. Elementy komediowe występują tu w założeniu, sekwencje akcji są nieudolnie i chaotycznie sfilmowane. Omijać szerokim łukiem.