1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Czy to koniec mody na sequele? Porażka nowej Godzilli i „Facetów w czerni” udowadnia, że to możliwe

Słabe i rozczarowujące wyniki finansowe sequeli popularnych filmów - jak „Faceci w czerni”, nowa „Godzilla” i „X-Men” - każą się poważnie zastanowić, czy instytucja sequeli nie zaczyna być zagrożona.

X Men Dark Phoenix sequel

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Oczywiście można stwierdzić, że to tylko chwilowe zmęczenie materiału i po prostu ludzie niespecjalnie wyczekiwali nowej „Godzilli”  czy „Men In Black”. Ale jednak coś jest na rzeczy, że w samym środku tzw. letniego sezonu w światowych kinach już trzeci tydzień z rzędu nie przyjęły się kontynuacje popularnych serii.

Najpierw w kinach poległa „Godzilla II: Król potworów” z otwarciem prawie dwa razy mniejszym od swojego bezpośredniego poprzednika z 2014.

„Godzilla” w trzy pierwsze dni wyświetlania w kinach w USA zarobiła świetne 93 mln dol. „Godzilla II” zdołała wygenerować w kasach kin raptem 47 mln dol. Film ten jest już prawie od trzech tygodni na ekranach i nie zarobił nawet 100 mln dol.

Kadr z filmu Godzilla II: Król potworów

W poprzedni weekend w kinach słabo sprzedały się „X-Men: Mroczna Phoenix” oraz „Sekretne życie zwierzaków domowych 2”. O ile w przypadku tego pierwszego można było przewidzieć klapę (niepokojące wieści z planu, fatalny zwiastun, odgrzewanie historii, która była ujęta w „Ostatnim bastionie”, to i tak dość skromny wynik tego drugiego jest bardziej "szokujący". Pierwsza część animacji w weekend otwarcia zarobiła ponad 104 mln dol. Stała się też olbrzymim przebojem globalnie zarabiając łącznie przez całe swoje kinowe życie 875 mln dol. Można więc było odnieść wrażenie, że publiczność pokochała zwierzaki domowe na tyle, że po raz kolejny tłumnie odwiedzi kina. Tymczasem sequel przez pierwszy weekend zarobił 46 mln dol. Ponad dwa razy mniej niż poprzednik.

W miniony weekend z brakiem zainteresowania musieli zmierzyć „Men In Black: International” oraz kolejna odsłona kultowej serii „Shaft” z Samuelem L. Jacksonem w jednej z ról.

Okazuje się, że dzisiejsza widownia nie ma ochoty na odgrzewane kotlety, nawet biorąc pod uwagę fakt, że „Men in Black” jest na dobrą sprawę spin-offem serii z nowymi bohaterami, a Shaft to postać silnie rezonująca pośród czarnoskórej widowni w Stanach. Choć, jak widać, już nie tak mocno. Film zarobił przez pierwsze trzy dni marne 8 mln dol. Z kolei „MIB: International” wypracowało najgorsze otwarcie w historii całej serii (28 mln dol.). Jest marnie.

Kadr z filmu Shaft

O ile jeszcze „Sekretne życie zwierzaków domowych 2” czy „Godzilla II: Król potworów” mają szansę zarobić trochę przysłowiowego grosza, albo chociaż wyjść na czysto, tak już cała reszta może mieć z tym problemy. Szczególnie „Mroczna Phoenix” może okazać się potężnym ciosem na pożegnanie dla wytwórni Fox. Szacunki analityków wskazują, że film ten może przynieść wytwórni ponad 100 mln dol. straty.  

Pojawia się więc pytanie: czy widzowie zaczęli się już nudzić sequelami?

Wielu malkontentów pewnie od lat tylko czeka aż taki moment nastanie. Choć sequele przeważnie zjadają swój ogon i nieczęsto rozwijają historię w sensownym kierunku, to jednak lubię je i nie wyobrażam sobie, by dany film, który mi się spodobał i miał potencjał do kontynuacji, nie doczekał się jej. Można dojść jednak do wniosku, że może ludzie nie byli zainteresowani konkretnie tymi sequelami, natomiast z samą instytucją kontynuacji nie dziej się jeszcze tak źle.

Nie twierdzę, że sequele są niezbędne w Hollywood, nietrudno wskazać ujemną ich rolę w odtwórczości i coraz większej banalizacji produkcji rodem z Fabryki Snów. Sequeloza toczy amerykańską branżę filmową już prawie od 40 lat. Sprawiła, że wtórność jest na porządku dziennym, a oryginalność okazała się niechcianym towarem. Z drugiej strony sequele są nadal główną siłą napędową Hollywood. Przyniosły mu długo oczekiwany ratunek przez zbliżającą się w latach 70. zapaścią.

Ciekawe tylko, czy ludzie powoli zaczynają mieć dość sequeli, czy to raczej „efekt MCU”?

Marvel przyzwyczaił widownię do olbrzymich konstrukcji filmowych, połączonych ze sobą wzajemnie sieciami licznych powiązań. Logistyka MCU zakładała, że, dla przykładu, „Iron Man 3” był nie tylko kontynuacją dwóch poprzednich części serii, ale też i pierwszych „Avengers”, a po drodze także i „Thora”, „Hulka” czy „Kapitana Ameryki”. I tak dalej. Widownia więc może być z jednej strony przyzwyczajona do takich konstrukcji i tradycyjny sequel przestał być dla niej atrakcyjny.

Może być i tak, że spora część widzów była poirytowana tym, że by obejrzeć „Avengers: Wojna bez granic” trzeba było nadrobić przynajmniej z 6-8 filmów MCU by mniej więcej wiedzieć, kto jest kim i o co chodzi. I ten „uraz” sprawił, że z dystansem zaczęli podchodzić do każdej kontynuacji.

„Czarna seria” sequeli może się odbijać Hollywood solidną czkawką przez dłuższy czas i „zmodyfikować” plany wielkich wytwórni. Skoro nawet mocne i kultowe marki przestają być magnesem na masową publiczność, to powoli zaczyna to być problemem dla tamtejszych studiów. Tym bardziej, że mają one na głowie konkurencję w postaci seriali i serwisów streamignowych. A może to i lepiej? Wymusi to na włodarzach wytwórni większą kreatywność, skłonność do ryzyka. Może nawet skłoni do rozważniejszego wydawania pieniędzy i nie inwestowania w pozornie pewne marki.

Siłą rzeczy widzowie dziś mają o wiele więcej powodów, by nie iść do kina. Nie wystarczy już Tom Cruise w obsadzie i na plakacie, efekciarski zwiastun, aby sprzedać bilet.

Dziś trzeba potrafić zaangażować widza. Tak jak udało się to zrobić na przestrzeni 22 filmów MCU. W innym przypadku coraz trudniej będzie zwrócić na siebie uwagę, bo wielkie kampanie promocyjne są w stanie pomóc w świadomości istnienia filmu, na który czekają tłumy. Jednak, gdy nikt nie czeka, marketingowe cuda za grube miliony na nic się zdadzą. Pozytyw w tym przede wszystkim jeden – nadal najbardziej liczą się emocje i dobre historie.