1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Dziś „King Kong” zawita na mały ekran. Dlaczego wielkie monstra fascynują widzów od dziesięcioleci?

king kong peter jackson tvn

Już dziś na antenie TVN zostanie wyemitowany film z najsłynniejszym potworem kina, King Kongiem. Dlaczego przerośnięte monstra fascynowały twórców i z czego wynika ich popularność trwająca aż do dziś?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Kino przedstawiało na ekranie zagrażające życiu człowieka twory w zasadzie od swojego zarania. Już w 1912 roku Georges Méliès w „Zdobyciu bieguna” pokazał humanoidalnego Śnieżnego Potwora siejącego popłoch wśród członków wyprawy naukowej i ich pożerającego.

king kong peter jackson tvn

Ponad dwie dekady później, w 1933, świat ujrzał jednego z najbardziej ikonicznych gigantów popkultury, czyli King Kong. Ogromna małpa powracała na ekrany regularnie w ciągu kolejnych dekad w kilkunastu filmach czy serialach animowanych. Sięgnął po nią również Peter Jackson, zaś ostatnim przedstawieniem pozostaje to z filmu „Kong: Wyspa Czaszki”. Oryginalny „King Kong” w czasie swojej premiery rozbił bank, przynosząc niespodziewany przez nikogo sukces finansowy, zarabiając na otwarciu 90 tys. dol. Co jak na tamte czasy było wręcz rekordowym wynikiem.

Jednak prawdziwa inwazja przerośniętych wybryków natury miała dopiero nastąpić.

Scenerie płonących metropolii z uciekającym spanikowanym tłumem, miały stać się domeną kina w latach 50. Bo i owszem, King Kong sprawił niemało problemów, buszując po ulicach Nowego Jorku, wyrzucając ludzi z okien czy wreszcie wspinając się na szczyt Empire State Building i strącając stamtąd nadlatujące samoloty, ale dzieło Meriana C. Coopera i Ernesta B. Schoedsacka, to w gruncie rzeczy tragiczna historia o bestii wyrwanej z jej naturalnego środowiska przez ludzką chciwość i egoizm. Inaczej sprawa się ma z filmami z olbrzymimi potworami w rolach głównych z lat 50.

Spektakl destrukcji, zapoczątkowany we wspomnianej dekadzie, rozpoczął się od „Bestii z głębokości 20.000 sążni” (1953). Obraz Eugène’a Louriégo z marszu stał się wyznacznikiem dla całego nurtu, ustanawiając schematy fabularne dla przyszłych dzieł. Od tej pory w bliźniaczych produkcjach głównym bohaterem był niemal zawsze naukowiec lub żołnierz mający u boku kochającą kobietę, a w scenariuszu obowiązkowo musiało zostać odhaczone pierwsze zbagatelizowanie zagrożenia, ataki potwora, próby jego unicestwienia, aż wreszcie finałowy triumf. Film ściągnął do kin tłumy. Obraz zarobił 5 milionów zielonych, co przy budżecie wynoszącym skromne 210 tys. dol., było gigantycznym sukcesem.

Już rok później do kin trafiły „One!”, gdzie zagrożenie stanowiły gigantyczne mrówki. Zmutowały w wyniku prowadzenia testów broni jądrowej na pustyni Nowego Meksyku. Obraz Gordona Douglasa wskazywał zatem na energię atomową jako źródło katastrofy, co zresztą starał się wyrażać cały nurt filmów o ogromnych potworach.

Lata 50. XX wieku to przecież czas zimnej wojny.

Amerykańskie społeczeństwo było trawione obawami związanymi z postępem technologicznym, a dokładniej lękiem przed bronią nuklearną. Zbiorowa paranoja przybrała na sile po tym, jak ZSRR wszedł w posiadanie takowej. Wizja całkowitego zniszczenia traumatyzowała masy, zaś kino ten globalny lęk wyraziło poprzez science fiction i filmy z monstrualnymi zwierzętami w roli głównej. Zmierzenie się z kinową apokalipsą zwieńczoną happy endem miało oswoić ten strach, a przy okazji zaapelować o rozsądek przy badaniu energii atomowej.

Mimo to formuła tego typu kina szybko się wyczerpała, a powstające naprędce produkcje raziły swoją infantylnością oraz nieudolnością realizacyjną, by wspomnieć tylko „Szpon” (1957). Ostatecznie nurt zmarł śmiercią naturalną w latach 60. Jednak nim to się stało Wschód dał nam jeszcze jedną ikoniczna bestię.

Kto jak kto, ale Japończycy w kwestii zagrożenia atomowego mieli niejedno do powiedzenia.

I tak oto, w 1954 roku, niespełna dziesięć lat po zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki, można już było podziwiać spektakl rozwałki kartonowych miast w wykonaniu Haruo Nakajimy ubranego w gumowy kostium pradawnego monstrum z dna oceanu. Monstrum ochrzczono imieniem Godzilla. Miasta płonęły, ranni dogorywali na ulicach, po horyzont ciągnęły się zgliszcza, a przerośnięta jaszczurka kroczyła niestrudzenie opierając się niemal wszelkiej konwencjonalnej broni. Potwór z prawdziwego zdarzenia, na którego zasługiwało kino.

Godzilla na stałe zapisała się w popkulturze i nie są to czcze słowa, gdyż do demolującego wszystko na swojej drodze jaszczura należy rekord Guinnessa, jako najdłużej kontynuowanej franczyzy. Na ekrany wracała dziesiątki razy, by z czasem zostać pozytywnym bohaterem broniącym Japonię przed niszczycielskimi zamiarami jeszcze groźniejszych paskud o kolosalnych rozmiarach. Godzilla przez kolejne dekady oddawała sytuację ekonomiczną kraju, w czasach dobrobytu stawał się obrońcą, by powrócić do destrukcyjnej roli w dobie kryzysu. W końcu wyrósł na narodowy towar eksportowy i wyciągnęli po niego ręce Anglosasi.

Podobny los spotkał cały nurt kaijū-eiga. Pod tym terminem kryje się japońskie określenie filmów z potworami i o potworach.

A bodaj najgłośniejszym przykładem amerykańskiego podejścia do tematu jest seria „Pacific Rim” (2013) zapoczątkowana przez Guillermo del Toro, gdzie wielkie mechy prały po pyskach atakujące miasto maszkary.

I choć filmy o rozwałce miast przez ogromne monstra zanikły w USA jeszcze w latach 60., a wśród nielicznych pogrobowców nurtu można wymienić „Wstrząsy” (1990) czy „Jurassic Park” (1993), to gatunek w ostatnich latach zdaje się nieśmiało wchodzić w fazę renesansu. Bo przecież oprócz „Pacific Rim” kina szturmem wziął „Projekt: Monster” (2008), który doczekał się jeszcze dwóch odsłon, aczkolwiek utrzymanych już w innej konwencji, a King Kong i Godzilla otrzymali wysokobudżetowe tytuły na zachodnich ekranach - „Godzilla II: Król potworów” w kinach już od 14 czerwca. Ale dobrze, bo przecież nic przecież nie cieszy oka tak, jak porządna rozpierducha.

„King Kong” Petera Jacksona na antenie TVN już dziś, 7 czerwca, o godzinie 20:00.