1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Brak nowego odcinka co tydzień zabija społeczny wymiar popkultury. Świat bez „Gry o tron” już nigdy nie będzie taki sam

gra o tron s08e06 duch

„Gra o tron” skończyła się fatalnie, ale i tak będę za nią tęsknił. Nie widzę bowiem dla niej żadnego godnego następcy, który byłby w stanie ekscytować tak wielu widzów, przez tak długi czas, na podobnym poziomie. Krajobraz rynku telewizyjnego i popkultury w ogóle zmienił się już bezpowrotnie.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nie kryję, że 8. sezon „Gry o tron” mnie rozczarował na całej linii. Nie mogę odmówić HBO jednak jednego: ich serial to niepowtarzalny popkulturowy fenomen, który łączył ponad podziałami pokolenia widzów z najróżniejszych środowisk i to na całym świecie.

Jedyne, do czego można porównać telewizyjny, streamingowy i - niestety - piracki hit HBO z perspektywy czasu, to filmy Marvel Studios, czyli de facto serial dystrybuowany nie w telewizji lub sieci, a w kinach. Również i tutaj zakończyła się jednak pewna epoka wraz z premierą „Avengers: Koniec gry”.

Gra o tron” i Marvel Cinematic Universe to takie „Gwiezdne wojny” naszego pokolenia.

Umówmy się bowiem, że „Star Wars” w wydaniu Disneya, mimo całej mojej sympatii do marki, to cień serii sprzed lat. „Ostatni Jedi” podzielił fanów, a „Han Solo” przeszedł bez echa. Nas, czyli emancypowanych geeków, łączyły za to przez ostatnie lata właśnie „Gra o tron” i kolejne odsłony przygód Avengersów.

Obawiam się, że podobnego fenomenu nie uświadczymy przez dekady - a może nawet już nigdy. Cierpimy na klęskę urodzaju i coraz trudniej skupić uwagę większej grupy ludzi na tym samym. Jeszcze nigdy w historii aż tyle dzieł nie walczyło o nasz czas. W dodatku popkultura to tylko jeden z trybików w maszynie.

Liczba nowych odcinków seriali w telewizji i serwisach VOD, filmów w kinach, gier wideo i książek, jakie pojawiają się każdego dnia, jest przytłaczająca. Dzieła z tych kategorii muszą w dodatku walczyć o uwagę widzów z tymi wszystkimi YouTube’ami, Facebookami, Twitchami i Tinderami cyfrowego świata.

W dodatku z roku na rok coraz bardziej zamykamy się w swoich bańkach.

Social media kurują nasze edgeranki i inne tablice, byle tylko serwować nam newsy, które nie będą challenge’ować naszego światopoglądu. Dzięki rekomendacjom algorytmów w serwisach kontentowych mamy styczność tylko z dopasowanymi do nas fikcyjnymi światami, oddalając się tym samym od innych żywych ludzi.

I tak jak uwielbiam Netfliksa, tak mam do niego również żal. Świat zachłysnął się bowiem binge’owaniem seriali udostępnianych całymi sezonami, ale sprowadził je do kilkunastogodzinnych filmów. Przez to coraz mniej wydarzeń przeżywamy wspólnie i zmienia się sposób, w jaki konsumujemy produkcje w odcinkach.

Na film raz na kwartał czy odcinek raz w tygodniu większość z nas znajdzie czas, ale na cały sezon w jeden weekend? Już nie bardzo. Tak jak „Grę o tron” i kolejne filmy Marvela przeżywałem wspólnie ze znajomymi, tak kolejne serie „House of Cards” czy „Orange Is the New Black” oglądałem sam lub co najwyżej z narzeczoną.

Takie konsumowanie treści też ma swój urok, ale odbiera telewizji ten „społeczny” wymiar.

„Gra o tron” i filmy Marvela budziły emocje właśnie przez swoją serialowość. Kolejne epizody w telewizji (do dziesięciu rocznie) i kolejne odsłony w kinie (około 3 każdego roku) oglądaliśmy „wszyscy” niemal w tym samym czasie. Z jednej strony porywał nas hype, a z drugiej panicznie baliśmy się spoilerów.

Do tego dochodziło wspólne kreowanie hipotez na temat dalszego ciągu akcji, a każda kolejne odsłona dawała nam nowe tropy. Czasem prowadziły one widzów na manowce, ale dyskusje tydzień w tydzień na temat zwrotów akcji miały swój urok. W przypadku binge’owania tego nie ma.

Netflix robi jednak teraz wszystko, by zmienić sposób, w jaki konsumujemy materiały wideo, udostępniając całe sezony za jednym zamachem. W pierwszym odruchu bardzo to chwaliłem, bo mogłem oglądać serial swoim tempem. Zaczęło mnie to jednak później przytłaczać.

gra o tron kto przeżył kto zginął

Czuję się zbyt często bombardowany nowościami, które na start wymagają inwestycji kilkunastu godzin.

Wzięcie się za nowy serial to spore zobowiązanie. Rzadko kiedy rozgrzebaną produkcję potrafię porzucić. W rezultacie po kilku latach jest dużo większa szansa, że zdecyduję się oglądać nowość od HBO publikowaną w odcinkach co tydzień, niż nowość od Netfliksa dostępną od razu w całości.

Wszystkiemu winne jest to, że im więcej epizodów obejrzę, tym trudniej się z takim serialem rozstać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to taki typowy problem pierwszego świata, ale co poradzić na to, że telewizja i serwisy streamingowe przytłaczają widza?

Ledwo co wyrabiam się z kolejnymi sezonami seriali, które już teraz śledzę - a także z kolejnymi odsłonami gier, ulubionych serii książek itp. - by brać sobie na głowę kolejne tytuły. I wiem, że nie jestem w tym odosobniony, bo podobny problem dotyka wszystkich ludzi, których znam.

Z roku na rok konsumujemy coraz mniejszy wycinek oferty dostawców treści.

Nie ma już szans tego przeskoczyć. Doba nie jest z gumy, a coraz więcej korporacji chce mieć kawałek z tego tortu dla siebie. Skutek jest taki, że ze względu na zmiany w sposobie dystrybucji i zwiększenie liczby rodzajów treści oraz kanałów, w jakich są serwowane, szanse na powtórzenie sukcesu „Gry o tron” maleją.

Nawet jeśli HBO i spółka postawią na swoim i nie przejdą na model Netfliksa, pozostając przy wydawaniu nowych odcinków raz w tygodniu, to i tak nie mają dziś w zanadrzu niczego, co mogłoby „Grę o tron” - w tym wymiarze społecznym, by mówili o tym samym naraz wszyscy - nam zastąpić.

A takie wymienianie się memami, hipotezami i wertowanie Reddita w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące pytania tydzień w tydzień naprawdę ma swój urok. Pod tym względem „Gra o tron” i Marvel Cinematic Universe nie miały zaś - i pewnie nie będą już mieć - sobie równych.

I to jest w sumie smutne.

„Westworld” takowym hitem, wbrew nadziejom HBO, się nie okazał - był zbyt trudny w odbiorze. Strzelam, że w przypadku mrocznego „Watchmen” będzie podobnie. Zakładam też, że nowy serialowy „Władca Pierścieni” nie przebije się do masowego odbiorcy ze względu na relatywnie niską popularność serwisu Amazon Prime.

„Wiedźmin” od Netfliksa z kolei, nawet jeśli będzie świetny - a to wcale nie jest takie pewne - ze względu na sposób dystrybucji nie utrzyma uwagi widzów dłużej niż dwa tygodnie. Podobnie dzieje się przecież co roku z największymi hitami platformy takimi jak „Stranger Things” czy „Black Mirror”.

Dlatego właśnie po zakończeniu „Gry o tron” i to w roku, w którym pożegnaliśmy Marvel Cinematic Universe w obecnej formie - a pamiętajmy, że na horyzoncie mamy w dodatku koniec sagi Skywalkerów! - odczuwam… pustkę. Pierwszy raz od lat w popkulturze odcięliśmy się grubą kreską od tego, co było.

Problem w tym, że to co jest i będzie, pomimo różnorodności i wolumenu, pod względem treści wcale nie nastraja mnie jakoś hurraoptymistycznie…