Filmy  /  Recenzja

Jeśli myślałeś, że Netflix w tym roku cię już nie zaskoczy, odpal film „Black Mirror”. To niezwykła gra

Picture of the author
275 interakcji
dołącz do dyskusji

„Czarne lustro: Bandersnatch” to film, który pojawił się w serwisie Netflix, chociaż trudno jednoznacznie tak go nazywać, bo to opowieść interaktywna, która przypomina grę paragrafową. 

Pierwszy raz w grę paragrafową zagrałem jakieś 15 lat temu. Krótki research i już wiedziałem, że tego typu rozrywka ma dość długą historię, chociaż nigdy nie była bardzo popularna w Polsce. Sam nie byłem pewien, czy odpowiada mi styl czytania – powiedzmy to na wyrost - powieści, w której mogę podejmować wybory i w zależności od decyzji przechodzić do kolejnej sekcji, która pokazuje konsekwencje działań czytelnika. Chociaż konsekwencje działań są super, a możliwość wyboru drogi, jaką podąży bohater, to coś genialnego, zazwyczaj nie byłem przekonany do wartości literackiej znacznej części paragrafówek.

Czarne lustro: Bandersnatch” to właściwie gra paragrafowa.

Sterujemy poczynaniami młodego programisty, który w rzeczach swojej zmarłej matki znalazł powieść, będącą właśnie paragrafówką. Jest nią zafascynowany na tyle, że postanawia stworzyć grę wideo na jej podstawie. Udaje się więc do firmy, która ma sfinansować i dystrybuować jego dzieło. Początkowo podejmujemy prozaiczne decyzje: jakie płatki zjeść na śniadanie, jakiej muzyki chcemy słuchać. Późniejsze wybory są poważniejsze, bo dotyczą przyszłości naszego projektu.

Rezultaty naszych wyborów widzimy czasem od razu, a czasem dopiero po jakimś czasie. Niektóre z nich - zwłaszcza te początkowe - nie mają większego wpływu na fabułę. Ale im dalej, tym trudniej jest powiedzieć, co doprowadziło nas do danej sytuacji. Działa to bardzo sprawnie. Już po 30 minutach nie byłem pewien, czy nie popełniłem błędu gdzieś na początku, czy na pewno podjąłem właściwą decyzję.

„Bandersnatch” ocieka klimatem lat 80.

Dużo tu muzyki z tamtych czasów, gier, wesołej mody. Ale fabularnie mamy również nawiązania do popularnych teorii spiskowych, a nawet kina akcji. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko, że twórcy szarpią tutaj nostalgiczne struny i robią to z subtelnością zmęczonego drwala. Ale! Jest to zagranie celowe. Twórcy „Bandersnatcha” świadomie sięgają po artefakty i zgrane, trzeszczące płyty. Wyciągają je jednak nie po to, aby uczynić z filmu festiwal easter eggów, ale dlatego, aby nadać tej grze lekko absurdalnego wyrazu.

Bo fabuła „Bandersnatcha” to tylko pierwsza warstwa.

Specjalny odcinek „Czarnego lustra” wychodzi poza ramy gry paragrafowej. Z jednej strony daje nam wybór i wszystko odbywa się w ramach konwencji tego typu rozrywki. Z drugiej jednak twórcy doskonale wiedzą, jak tę konwencję wykorzystać, aby dostarczyć widzowi naprawdę wyjątkowych wrażeń.

Czarne lustro: Bandersnatch” z każdą minutą odkrywa przed nami kolejne warstwy, kąpie się w we własnym gatunku i zrywa ramy, które zdaje się sobie narzucać. Sugeruje to sam początek. Dostajemy grę interaktywną z ograniczoną pulą wyborów i decyzji, której fabuła opowiada o chłopaku zafascynowanym grą paragrafową. Chce on stworzyć adaptację, czyli własną grę opierającą się o... ograniczoną pulę wyborów.

A dalej jest tylko lepiej, głębiej - widzimy drugie dno.

Ostatnie akty tej opowieści są jednak odrobinę przesadzone. Twórcy tak bardzo pokochali swój pomysł na grę konwencją, że wydaje się, jakby stracili nad nią panowanie. Z ostatecznym werdyktem, dotyczącym zakończenia, wstrzymam się jednak do czasu, gdy ogram – albo przynajmniej postaram się ograć - wszystkie możliwe warianty.

Niestety, chcąc napisać coś więcej, musiałbym znać całą fabułę, a to oznaczałoby sypanie spoilerami. Nie mogę tego zrobić, bo „Czarne lustro: Bandersnatch” to interaktywna historia, którą trzeba poznać samodzielnie. To przeżycie, to wybory. To też sztuka dla sztuki. Bo sama opowieść nie jest przesadnie oryginalna. Nie jest też wyjątkowa. Na tle innych produkcji, które można zobaczyć w serwisie, wyróżnia się jednak świeżością i pomysłowością, z której słyną twórcy „Czarnego lustra”.

Jednocześnie współczesne gry wideo oferują nam znacznie więcej, jeśli chodzi o wolność wyboru, podejmowanie decyzji czy złożoność fabuły. „Black Mirror” broni się tym, że stworzone zostało z przymrużeniem oka. Że - nomen omen - gra z widzem i jest dziełem mocno intertekstualnym, a przy okazji ambitnym.

Jestem pewien, że nie każdy odnajdzie się w tej dziwnej mieszance, nie każdemu będzie odpowiadał ciężkawy klimat, mrugnięcia z ekranu i pokręcone zwroty akcji. Mam jednak poczucie, że twórcom „Czarnego lustra” znowu udało się wybić mnie z równowagi, zaskoczyć i jednocześnie zaangażować. A przecież o to w tym wszystkim chodzi.

Czarne Lustro: Bandersnatch obejrzycie w serwisie Netflix.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst