1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Jeśli nie widzieliście tych filmów, jesteście szczęściarzami. Najgorsze filmy 2018 roku

W 2018 roku przyszło nam oglądać całą masę znakomitych filmów, ale niestety, jak zawsze, nie uchroniliśmy się też przed produkcjami, które w ogóle powstać nie powinny. Jeśli nie dane wam było ich obejrzeć, to jesteście szczęściarzami. Nie zmieniajcie tego i nie sięgajcie po nie wcale. Sprawdźcie ranking najgorszych filmów 2018 roku.

najgorsze filmy 2018 roku johnny english

Rozpruci na śmierć

Zastanawiam się, kto mógł wpaść na kiepski pomysł filmu o muppetach w wersji czarnego kryminału, pełnego przemocy, niewybrednych żartów i liczył na to, że stanie się to sukcesem? Urok filmów o muppetach bierze się z zabawy przeznaczonej mimo wszystko dla całej rodziny. A gdy robi się kryminał połączony z czarną komedią, to już średnio przyjemna zabawa i to tylko dla dorosłych. Najsmutniejsze jest to, że za „Rozprutych....” odpowiedzialny jest syn twórcy mupetów, Brian Henson.

The Outsider

„Outsider” to dość smutny przykład filmu, którym Netflix chciał omamić swoich obecnych i przyszłych subskrybentów. Niby ciekawy temat, ale ujęty w dziecinnie uproszczonej formie i treści, tak jakby był to pierwszy film o Yakuzie w historii. Tak, jakby Netflix uważał, że jego odbiorcy nigdy w życiu nie oglądali w ogóle żadnego filmu. Jak gdyby to Netflix był jedynym oknem na filmowy świat dla ludzi. Jared Leto w roli głównej wygląda i gra jak wampir chory na anemię. Cała reszta jest tak nudna i niedorzeczna, że naprawdę lepiej oszczędźić swój cenny czas i nie sięgać po niego. Nigdy.

Robin Hood: Początek

„Robin Hood: Początek” to kolejna niepotrzebna, wtórna i źle zrobiona produkcja, której powstanie jest dla mnie jedną wielką enigmą. „Początek” nie tylko nie wnosi niczego nowego do historii o słynnym banicie, ale też poprzez kuriozalne zakłamanie realiów średniowiecza (bohaterowie chodzą w modnych, niemalże współczesnych strojach) i wydumane paralele geopolityczne jawi się bardziej jako tani skok na kasę, zrobiony bez wyobraźni i przestarzałymi metodami. Jeśli wyłączycie jakiekolwiek myślenie, to film ten zanudzi was do bólu. Jeśli i na nudę jesteście odporni to wtedy może nowy Robin Hood wyda się wam w miarę przyzwoitą rozrywką do obejrzenia i zapomnienia.

Slender Man

Nawet Hollywood czasem przegapia dobre momenty na premierę filmu o temacie na czasie. I tak też się stało przy okazji „Slender Mana” - ktoś uznał, że 2018 rok jest dobrym czasem na premierę obrazu mierzącego się z przeterminowaną creepy pastą. Najlepsze/najgorsze jednak jest to, że samego Slender Mana w tym filmie praktycznie nie zobaczymy. Co generuje pytanie - po co ten film w ogóle powstał? Dostajemy za to generyczny horror, w którym prawie nic się nie dzieje, z dialogami, które są tak słabe, że film ten mógłby być niemy i fatalną realizacją, która sprawiała wrażenie, jakby nikt nie wierzył w tę produkcję od samego początku. To naprawdę straszny film.

Game Over, Man

Głupi, wulgarny, ze strzępkami scenariusza, właściwie bez ani jednej naprawdę zabawnej sceny, za to z masą niepotrzebnych gagów z użyciem płynów ustrojowych, mętnych dialogów, aktorstwa na poziomie rynsztokowym. Dawno nie widziałem czegoś tak złego. Jeśli szanujecie swoje szare komórki, to omijajcie ten film szerokim łukiem, bo nieprędko wrócicie do siebie.

Johnny English Nokaut

Wygrzebanie z popkulturowego niebytu Johnny’ego Englisha już samo w sobie jest materiałem na jedną z najgorszych decyzji biznesowych ostatnich lat. Nikomu niepotrzebny, kompletnie nieśmieszny, zbudowany wokół czerstwych gagów, które wydawały się drętwe już w połowie lat 90. Ile to można się śmiać z parodii Jamesa Bonda, który zawsze poślizgnie się na skórce od banana, podczas picia drinka wsadzi sobie niechcący parasolkę do nosa i przez cały czas trwania filmu robi z siebie idiotę-nieudacznika ku uciesze gawiedzi?

The Week Of

Zeszłoroczny film z Adamem Sandlerem, który mogliśmy oglądać na Netfliksie był naprawdę świetny. „The Week Of” to niestety powrót do dawnej formy jednego z najbardziej przereklamowanych komików w historii kina. I wcale się nie dziwię, że Sandler uwił sobie tak wygodne aktorskie gniazdko w największym serwisie streamingowym świata – dostał od Netfliksa wolną rękę i zielone światło na każdy projekt. I to w sumie dla niego dobra opcja na doczekanie do emerytury, jako że Hollywood powoli o nim zapomina. I słusznie. „The Week Of” ani przez sekundę nie jest śmieszny. Co więcej, zastanawiam się jaki jest cel jego istnienia, gdyż na dobrą sprawę nie wiem co ten film chciał przekazać widzom, tym bardziej, że fabuła to zbieranina starych kliszy i nieudanych żartów, po których oglądającemu robi się głupio, że na to wszystko patrzył. To film tak zły, że Netfliksowi nie chciało się nawet wymyślać mu polskiego tytułu.

Życzenie śmierci

Bruce Willis nie odpuszcza i nadal próbuje swoich sił w kinie sensacyjnym. Chociaż oglądając „Życzenie śmierci” dochodzę do wniosku, że mógłby sobie jednak odpuścić. Remake klasycznego „Życzenia śmierci” (który nie był ani specjalnie dobrym, ani kultowym filmem) w dobie napiętej dyskusji dotyczącej posiadania broni i jej nadużywania przez policję w USA, wydaje się dość niewrażliwym ruchem ze strony filmowców. Tym bardziej, że „Życzenie śmierci” A.D. 2018 okazało się fatalne od strony reżyserskiej, ze scenariuszem pisanym na kolanie i Willisem, który ewidentnie podsypiał na planie.

Bez słowa

Sami powiedzcie, czy pomysł na film o niemym amiszu, rozgrywający się w futurystycznym Berlinie, w stylistyce neo-noir a la „Blade Runner” nie wydaje się wam bardzo pretensjonalny? Dla mnie tak, ale dałem tej produkcji Netfliksa szansę i niestety srogo się zawiodłem. Liczyłem na solidne sci-fi, a dostałem przeciętnie zrobioną, nudą i kiepsko zagraną zżynkę ze wspomnianego wcześniej „Blade Runnera”. To przykład filmu, który brzmiał lepiej na papierze, gdyż reżyser Duncan Jones nie podołał jego realizacji. Choć przyznaję, że świat przedstawiony poskładał w miarę udanie.

Ocean ognia

Rok 2018 wyraźnie obfitował w liczne produkcje, które, raczej niezamierzenie, grały na sentymentach za latami 90. Trochę tak, jakby twórcy i producenci stwierdzili, że czas się zatrzymał, a widownia nadal ma ochotę oglądać kiepskie i wtórne do bólu widowiska mocno trącące myszką. Jedną z nich był „Ocean ognia”. Najciekawszy w nim jest fenomen Geralda Butlera, który miał w swojej karierze jeden kasowy przebój, ponad dekadę temu, ale mimo tego cały czas udaje mu się zdobywać angaże w kolejnych klapach, na których bogaci się chyba tylko on. Poza tym, dostajemy słabo wyreżyserowaną, kiepsko zagraną i niemalże tekturową produkcję o amerykańskiej łodzi podwodnej, która wyrusza na ratunek porwanego przez terrorystów rosyjskiego prezydenta (sic!). Dziękuję, wysiadam.

Tau

„Tau” na poziomie samego pomysłu zapowiadał się dość ciekawie. Niestety całość została położona przez nijakie aktorstwo, scenariuszowe mielizny, masę głupot i fatalną, niemalże tekturową warstwę wizualną (żenująco słabe efekty komputerowe) i puste, zupełnie niewykorzystane przestrzenie i scenografię. Wyszedł z tego pełnometrażowy, nieudany epizod z odrzutu ze stołu montażowego serialu „Black Mirror”. Co najwyżej „Ex Machina” w wersji dla ubogich.