REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Hollywood na nowo zmierzy się z mangą za 200 mln dol. Widziałem już fragmenty filmu „Alita: Battle Angel”

Hollywood na nowo zmierzy się z mangą. Widziałem już fragmenty nadchodzącego filmu „Alita: Battle Angel”, którego jednym ze scenarzystów jest sam James Cameron. To, co zobaczyłem, zaostrzyło mi apetyt na premierę produkcji, ale już teraz wiem, że fani pierwowzoru będą rozczarowani.

Alita Battle Angel wrażenia
REKLAMA
REKLAMA

„Battle Angel Alita” to cyberpunkowa manga, która w głowie Jamesa Camerona siedziała od niemal dwóch dekad. Legendarny reżyser – jak twierdzi – jest w nią absolutnie oczarowany i już od 2000 roku przymierzał się do jej ekranizacji. Z początku czekał aż współpracujące z nim studia od efektów specjalnych osiągną poziom techniczny pozwalający na realizację jego marzenia. Potem jednak nastąpiły pewne komplikacje…

Jak przyznał ze śmiechem Cameron, „po drodze trafił się pewien taki mały projekt filmowy, niejaki Avatar”, którego sequele „jak tak dalej pójdzie, to będę realizował do końca życia”. „Alita”, mimo wykupienia przez Camerona praw do ekranizacji i napisaniu przez niego scenariusza, została odłożona na półkę. Do czasu, aż Cameron „zaprzyjaźnił się” z Robertem Rodriguezem. A więc reżyserem odpowiedzialnym za genialny około komiksowy film „Miasto grzechu”.

Obaj panowie – jak twierdzą – szybko doszli do porozumienia.

Marzenie Camerona o ekranizacji „Ality” zrealizuje Rodriguez. Cameron przekazał mu swój scenariusz, pozostawiając reżyserowi swobodę w jego modyfikacji, jeżeli ten poczuje taką potrzebę. Zapewnił mu też pełne wsparcie jako producent, co przełożyło się na zapewnienie mu gigantycznego budżetu na realizację filmu - 200 mln dol. Zaangażowanie Camerona oznacza też pełną współpracę z Lightstorm Entertainment i Weta Digital – studiów filmowych, które od lat związane są z przełomowymi wizualnie i technicznie kinowymi superprodukcjami.

Widziałem już kilkudziesięciominutowy fragment „Alita: Battle Angel”. Ależ to jest piękne!

Nie był to jednolity fragment filmu, a kilka „losowych” scen poprzedzonych wspomnianym wyżej nagraniem Camerona dla prasy. Scen dobranych tak, by nie zdradzać fabuły tym, którzy nie znają komiksu. Jedno wiem z całą pewnością: od strony wizualnej, „Alita: Battle Angel” prawdopodobnie nie będzie miała w przyszłym roku konkurencji.

Gdyby nie wiedza przed seansem, byłbym pewny, że oglądam film Camerona. „Alita: Battle Angel” to zrealizowana z ogromnym rozmachem opowieść. Szczegółowość wizualna i jej walory artystyczne wręcz onieśmielają. Nie ma żadnej przesady w określeniu „Ality” jako taki „Avatar”, tylko lepiej w ujęciu technicznym. A pamiętajmy, że „Avatar” ujmował pięknem, a nie efekciarstwem.

W „Alicie”, tak jak w „Avatarze”, nie ma wielkich wybuchów i szybkich, chaotycznych ruchów kamerą maskujących niedoskonałości animacji komputerowej. Mamy mnóstwo czasu by uważnie się przyjrzeć światu przedstawionemu w filmie. A mimo tego nie można się nie zachwycać jego jakością techniczną, a tym bardziej do czegoś doczepić. Nawet efekt 3D – a nie cierpię filmów w tym formacie – jest zrealizowany perfekcyjnie.

Coś czuję, że o ten film się pokłócimy.

Przejdźmy jednak do warstwy merytorycznej. Przedstawione na pokazie fragmenty nie mówią wiele więcej o jego fabule niż to, co już wiemy z oficjalnych zapowiedzi. Alita to cierpiąca na amnezję cyborg, która po 300 latach zostaje znaleziona na złomowisku przez eksperta w cybermedycynie, dr Dysona Ido. Ten ją naprawia i odkrywa, że dziewczynka wykazuje niesamowity intelekt oraz zaawansowane umiejętności bojowe. Ido, jako jej przyszywany ojciec, chce ochronić ją przed światem zewnętrznym, co skazane jest na porażkę.

Manga to relatywie poważna opowieść science-fiction z podgatunku cyberpunk.

Tymczasem film wyraźnie kierowany jest do grupy docelowej określanej jako „młodzi dorośli” (ang. young adults). Innymi słowy, fragmenty filmu które widziałem sugerują, że to produkcja stworzona przede wszystkim z myślą o nastoletniej publiczności. Łagodna, pozbawiona nadmiernej brutalności opowieść z archetypicznymi postaciami reprezentującymi dobro i zło.

Pisząc powyższe, już prawie słyszę zbiorowy jęk rozczarowanych fanów oryginału. Nie będę was nawet próbował namawiać do otwarcia umysłów na „alternatywną jej interpretację”. Wielu z was zapewne liczyło na otarcie łez po fatalnej (choć pięknej wizualnie) adaptacji „Ghost In the Shell”. To nie ten film.

„Alita: Battle Angel” zapowiada się na śliczną… bajeczkę.

I absolutnie mi to nie przeszkadza. Mimo iż mam już ponad 34 lata na karku, nadal świetnie się bawię przy filmach dla młodzieży. Przeznaczony przede wszystkim dla nastolatków i niedawno wydany „Player One” bardzo mi się podobał. Fragmenty „Ality”, które widziałem, sugerują, że film swoją „dojrzałością” to poziom niewiele wyższy od wspomnianego tu dzieła Stevena Spielberga.

REKLAMA

Podejrzewam, że to będzie największy problem „Ality”, gdy ta pojawi się w kinach (w Polsce od 14 lutego 2019 roku). Fani i krytycy pójdą na ekranizację legendarnej mangi sygnowaną nazwiskami Camerona i Rodrigueza, a zaserwowana im będzie widowiskowa „bajka”. Prawdopodobnie angażująca i budząca emocje, ale dalej relatywnie mało poważna opowiastka dla młodych ludzi.

Ja nie mam z tym problemu, a mój apetyt na obejrzenie tego filmu w całości sięgnął zenitu po zapoznaniu się z jego fragmentami.  „Alita: Battle Angel” zapowiada się na kawał doskonałej filmowej rozrywki. Choć jestem przekonany, że znaczna część fanów mangi absolutnie się ze mną nie zgodzi.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA