Seriale  /  Felieton

Twórca Rebeliantów i Wojen klonów zbrukał Gwiezdne wojny i nie rozumie, że „Moc tak nie działa"

Picture of the author
127 interakcji
dołącz do dyskusji

Rebelianci to serial, który na zawsze zmienił oblicze uniwersum Star Wars. I to na gorsze. Odpowiedzialny za tego potworka Dave Filoni nie ma w sobie ani krzty wstydu i przyznaje, że jego inspiracją były Opowieści z Narnii.

Dave Filoni to twórca dwóch seriali animowanych w uniwersum Star Wars. To produkcje przeznaczone dla dzieci, które z braku laku oglądali też dorośli fani, nierzadko pomstując na skróty fabularne i inne głupotki. Te jednak można wybaczyć, biorąc pod uwagę grupę docelową. Ich twórca ma jednak na sumieniu inne grzechy.

Czytaj też: Disney nie radzi sobie z Gwiezdnymi wojnami. Solo przypomniał, co mnie najbardziej wkurza w Star Wars

Pierwszą produkcją telewizyjną, którą swoim nazwiskiem markował Filoni, było The Clone Wars. Serial rozpoczął film kinowy, a kolejne odcinki emitowano przez kilka lat. Niedługo dostaniemy niespodziewany dodatkowy sezon, który domknie niektóre wątki. Kilka postaci dostało jednak swój epilog w drugiej animacji o tytule Rebelianci.

A ja do teraz nie mogę przeboleć finału Star Wars Rebels.

Dave Filoni miał kilka różnych karkołomnych pomysłów, ale w finałowym sezonie serialu Rebelianci przeszedł sam siebie. Główny bohater, czyli młody Ezra, po latach tułaczki powrócił na swoją rodzinną planetę. Odkrył na niej starożytną świątynię i udało mu się ją odpieczętować.

Okazało się, że świątynia prowadziła do mistycznego wymiaru poza czasem i przestrzenią - świata pomiędzy światami. Ezra mógł za jego pośrednictwem wpływać na wydarzenia z przeszłości. Nie pomyślał jednak, by udać się na Naboo i powstrzymać Palpatine’a przed przejęciem władzy.

Ezra zrobił pod koniec serialu Rebelianci coś o wiele ważniejszego.

Cofnął się w czasie i uratował Ahsokę, jedną z głównych bohaterek The Clone Wars i przyszywaną córkę kapelusznika Filoniego. W jednym z poprzednich sezonów Rebeliantów toczyła w końcu pojedynek z samym Darthem Vaderem, ale dzięki Ezrze przeżyła starcie, które było z góry skazane na porażkę.

Oczywiście torgutanka od razu wyjaśniła bohaterowi, że nie powinien zmieniać biegu historii w celu ratowania swojego mistrza. Łatwo jej było mówić, po tym jak ocalił jej skórę. Przekonała go w końcu, by nie ratował Kanana od śmierci, przez co Hera została samotną matką.

Brzmi to głupio? Nie dziwne, bo faktycznie ten wątek był napisany na kolanie.

Podróże w czasie  to coś bezprecedensowego w uniwersum Star Wars. Wprowadzenie takiego motywu w fikcyjnym uniwersum na zawsze zmienia status quo i wymaga ogromnego zawieszenia niewiary od fanów. Gwiezdne wojny od zawsze unikały tej fabularnej furtki, bo otwiera ona zbyt wiele innych drzwi.

Skoro jedna postać potrafi podróżować w czasie, to można założyć, że w przepastnej odległej galatyce ktoś inny też znajdzie na to sposób. Gwiazda Śmierci i baza Starkiller to nic przy wehikule czasu, który pozwoliłby modyfikować finał każdej potyczki.

„Ale to przecież tylko animacja dla dzieci!”

Zdaję sobie z tego sprawę, ale The Clone Wars i Rebels wchodzą w skład nowego disneyowskiego kanonu i są opowieściami o takiej samej randze, jak kinowe filmy i powieści. Wprowadzenie podróży w czasie gryzie mi się nie tylko z nowym kanonem, ależ też ze wszystkim, co Star Wars do tej pory sobą reprezentowało.

Moc daje bohaterom wgląd w przyszłość, która - jak mawiał mistrz Yoda - ciągle w ruchu jest. Bohaterowie miewali wizje i mogli czerpać z nich naukę, ale przeszłość była zapisana w kamieniu. Każda decyzja miała swoje konsekwencje, a śmierć postaci była nieodwracalna. Star Wars Rebels to bezpowrotnie zmieniło.

Dave Filoni zaś do dzisiaj nie widzi w tym nic złego.

Z racji zbliżającej się premiery nowej serii The Clone Wars, twórca obu animacji w uniwersum Star Wars udziela wywiadów. Wyjaśnia pobudki, jakie nim kierowały podczas kreowania tej opowieści. A im dłużej myślę o tych wypowiedziach, tym bardziej żałuję, że sam nie mam dostępu do świata pomiędzy światami.

Jeśli byłoby to możliwe, cofnąłbym się w czasie i przekonał mocodawców Dave’a Filoniego, by nie zatrudniali go do tego projektu. To, co zrobił z Gwiezdnymi wojnami, zasługuje na potępienie. Jego pomysły burzą równowagę, dzięki której to uniwersum było wyjątkowe i ciekawe.

Tym bardziej, gdy poznało się jego tok rozumowania.

Twórca gwiezdnowojennych animacji zasiewa w widzach nutkę wątpliwości. Nie udziela jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy przedstawiony w serialu wymiar jest miejscem, czy też stanem świadomości. Zauważa, że Ezra otarł się o niego już w pierwszej serii, gdy dostał kryształ do budowy miecza świetlnego.

Filoni uznał też, że Moc może być sposobem na to, by bohater miał swój udział w uratowaniu Ahsoki. Zdawał sobie sprawę, że ze starcia z Vaderem bohaterka nie mogła w wiarygodny sposób ujść z życiem bez pomocy. A ponieważ serial fabularnie uciekł do przodu, musiał znaleźć sposób na cofnięcie się w czasie.

Dlatego dokładnie to zrobił.

Filoni chciał też, by po stracie Kanana ktoś inny stał się dla Ezry mentorem i udzielił mu ostatniej ważnej lekcji. Pod tym kątem ten pomysł nie był zresztą taki zły. Wolałbym jednak, by Ahsoka uratowała się w jakikolwiek inny sposób, bez mieszania w to zupełnie nowej wersji Mocy.

Świat pomiędzy światami nie jest spójny z tym, co do tej pory wiedzieliśmy o uniwersum. Robi z Ezry przy okazji najpotężniejszą istotę w całej odległej galaktyce, przy której Imperator i Luke Skywalker to zwykłe popychadła. Czym jest w końcu mistrzostwo władania mocy wobec władzy nad czasem?

„Moc tak nie działa!”

Słowa te wypowiedział w filmie Przebudzenie Mocy jeden z największych sceptyków, który wreszcie uwierzył, że siła łącząca wszystkie żywe istoty w galaktyce istnieje. Han Solo poślubił w końcu siostrę mistrza Jedi, która w rękawie miała kilka swoich sztuczek. Nawet on wiedział, że Moc działa wedle pewnych zasad.

Zdawał sobie z tego też sprawę Rian Johnson, którego Ostatni Jedi podzielił widzów. Twórca umiał jednak w zgrabny sposób odbić krytykę. Niedzielni fani nie mogli przeboleć, że Luke Skywalker stworzył projekcję samego siebie na innej planecie, ale reżyser znalazł dla tego precedens.

Dave Filoni zaś otwarcie mówi o tym, że koncept świata między światami zawdzięczamy Opowieściom z Narnii. Kultowa powieść była inspiracją dla twórcy, który od samego początku chciał zrobić coś, czego inni autorzy historii we współdzielonym uniwersum nie próbowali. I stąd właśnie ten fabularny potworek…

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst