1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Tomasz Stańko odszedł, ale już zawsze będziemy o nim pamiętać

Tomasz Stańko odszedł, ale już zawsze będziemy o nim pamiętać

Kolejni wielcy artyści odchodzą. Ostatni świadkowie innych, nieżyjących już legend, znikają. W dodatku parami, w ten sam weekend, najpierw Olga Jackowska, później Tomasz Stańko. Czas na Ziemi naszych bohaterów dobiega końca. Ot, bezduszna demografia.

W niedzielę 29 lipca odszedł jeden z największych i najważniejszych. Dla całej globalnej sceny jazzowej, a także dla wielu ludzi osobiście, prywatnie najważniejszy. Tomasz Stańko uosabiał nie tylko czysty jazz, z całą jego wolnością i uwielbieniem improwizacji. Dla mnie to przykład wielkiej otwartości na muzykę i sztukę ogólnie pojmowaną.

Wielki humanistyczny umysł, niczego nieodrzucający, na wszystko otwarty, gotowy do dyskusji i poznania.

Bardzo lubię rozmowę Tomasza Stańki z Katarzyną Nosowską, nagraną kilka lat temu, opublikowaną na stronie Narodowego Instytutu Audiowizualnego. Tych dwoje wyjątkowych artystów, których paradoksalnie dzieli niewiele, oboje bowiem dysponują podobną wrażliwością na dźwięki, na nowe muzyczne bodźce, to dla mnie najpiękniejszy przykład skromności człowieka. Nosowska z pokorą i onieśmieleniem podchodzi do swojego wielkiego rozmówcy, którego niejeden fan traktowałby z czcią godną papieża. On z kolei z niecierpliwością czeka na jej pytania, odpowiada na nie najlepiej, jak tylko potrafi, wymienia obserwacje z koleżanką po fachu.

Stańko-trębacz pracował z Krzysztofem Komedą, wziął udział w nagraniach najsłynniejszej płyty pianisty - Astigmatic. Swoje nagrania wydawał m.in. w kultowej, znanej każdemu miłośnikowi jazzu wytwórni ECM Manfreda Eichera. Grał z najważniejszymi na świecie jazzmanami. Przyglądał się i doceniał pracowitość nowojorskich muzyków - rzemieślników, grających kilka koncertów jednego wieczoru. Tworzył festiwal, na który zapraszał nietuzinkowych artystów, grających także inne gatunki muzyczne. Dowodził własnym kwartetem i kwintetem. Nagrał płytę inspirowaną poezją Wisławy Szymborskiej.

Stańko-entuzjasta muzyki rejestrował nowe nazwy i gatunki, a potem im się przysłuchiwał.

Gdy siostrzeniec Alice Coltrane, Flying Lotus, występował w stołecznym teatrze Studio, pan Tomasz przysłuchiwał się jego koncertowi. Lekarz nagrał mu kiedyś kompilację muzyki operowej. Pan Tomasz zapoznał się z nią skrupulatnie.

Kariera Tomasz Stańki zdążyła obskoczyć kilka pokoleń. Począwszy od lat 60., kiedy to rodzima scena jazzowa była w rozkwicie, przez lata 90., kiedy jazz pewnie niewielu interesował, aż do teraz. Dla mojego pokolenia i okolicznych, zasłuchujących się w pięknie smutnych albumach Balladyna czy Litania, Tomasz Stańko to nie tylko władający jedynym w swoim rodzaju językiem muzyk. To przykład niezmiernej i niezmiennej ciekawości i potrzeby dźwięków, nowej sztuki. Ciekawości i chłonności, której można było pozazdrościć. Otwarty umysł, jakich chyba coraz mniej. Mój bohater i autorytet. Będzie go brakowało.