1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Disney nadal nie chce ryzykować. IX epizod Star Wars powróci na planetę znaną ze starej trylogii

Gwiezdne wojny w Epizodzie IX powrócą na Yavina 4. Tylko po co?
261 interakcji
dołącz do dyskusji

Szefowie Disneya nie spodziewali się takich problemów, gdy w 2012 roku nabywali od George'a Lucasa prawa do marki Gwiezdnych wojen. Wyniki finansowe nowych filmów z serii są jeszcze zadowalające, ale ostry konflikt z fanami i porażka spin-offu o Hanie Solo dają do myślenia. Prawdopodobny powrót do klasycznej lokacji Yavina 4 to tylko kolejny dowód, że Disney nie ma sensownej strategii na rozwój sagi.

Felieton zawiera spoilery dotyczące fabuły Ostatniego Jedi.

Jak poinformował znany z dobrych źródeł fanowski portal Star Wars News Net, że twórcy nowej trylogii powrócili do klasycznej lokacji Cardington Airship Shed w brytyjskim Bedfordshire. Do tej pory Gwiezdne wojny były tam kręcone dwa razy – przy okazji Nowej nadziei i Łotra 1. Dwukrotnie nagrywano tam sceny toczące się w tajnej bazie Rebeliantów na Yavinie 4. Nie jest jeszcze pewne, czy czwarty księżyc Yavina faktycznie pojawi się w Epizodzie IX. Być może filmowcy korzystają po prostu ze znanej im lokacji. Powrót dawnej bazy wydaje się jednak prawdopodobny.

Tym bardziej, że wskazuje na to zakończenie filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi.

Ruch Oporu zdołał przetrwać zmasowany atak Najwyższego Porządku pod dowództwem Kylo Rena, ale został wyraźnie zdziesiątkowany. Jeśli jego członkowie chcą mieć jakiekolwiek szanse na przeżycie i wygranie wojny o galaktykę, muszą znaleźć bezpieczne schronienie, by przegrupować siły. Takie jak baza na Yavinie 4. Co prawda Imperium zdołało odkryć położenie tej kryjówki, ale od tego czasu minęło wiele lat, a większość wydarzeń z tamtej wojny zostało zapomniane lub uznane za legendy.

Byłby to również nostalgiczny powrót dla wielu fanów, którzy oskarżali Ostatniego Jedi o szarganie świętości. Być może Disney i Lucasfilm mają zamiar ułagodzić widzów, wracając do postaci i lokacji znanych z oryginalnej trylogii. Podobne spekulacja wzmacnia fakt, że reżyserem Epizodu IX jest J.J. Abrams. Twórca Przebudzenia Mocy pokazał już, że lubi mniej lub bardziej wprost wracać do poprzednich filmów gwiezdnej sagi.

Dla postronnego fana Gwiezdnych wojen to jednak kolejny z serii dowodów, że Disney boi się podejmować jakikolwiek ryzyko.

Wbrew powszechnym twierdzeniom, Ostatni Jedi nie zburzył wcale ogólnego porządku panującego w dotychczasowych filmach z serii. Rian Johnson próbował to do pewnego stopnia zrobić (na ile mądrze, skutecznie i z sensem, to zupełnie inna kwestia), lecz wycofał się w ostatniej chwili. Cały wątek dotyczący porzucenia starych podziałów – Jedi i Sithów został w jednej chwili zmieciony z powierzchni ziemi, gdy Rey odrzuciła zaproszenie Kylo Rena. To byłoby sensowne rozwinięcie ścieżek rozwoju obu tych postaci, ale włodarze Disneya bali się podjąć ryzyka. Zakończenie Ostatniego Jedi, to jeden wielki reset i powrót do status quo. Przeprowadzony do tego w przerażająco łopatologiczny sposób.

Trudno powiedzieć, co najbardziej kieruje decyzjami Kathleen Kennedy i pozostałych osób odpowiedzialnych za sagę. Czy chodzi o strach przed spadkiem wpływów, totalny chaos decyzyjny, czy brak czytelnej wizji rozwoju trzeciej trylogii. Ostatni Jedi otwarcie wykpił każdą tajemnicę zbudowaną w Przebudzeniu Mocy. A wiele osób oczekuje, że J.J. Abrams z zemsty zrobi Epizodem IX podobnego psikusa Johnsonowi.

Zrealizowane i zaplanowane spin-offy to z kolei przykłady usilnego trzymania się starych historii i znanych wszystkim bohaterów. Nawet jeśli uznamy, że filmowo to dzieła lepsze od obu części trylogii Disneya (a w mojej opinii tak jest), to i tak trudno je uznać za w pełni oryginalne historie. To tylko kolejna powtórka z rozrywki.

Wiele osób zastanawia się, dlaczego Disney znacznie lepiej radzi sobie z filmami Marvela niż Gwiezdnych wojen.

Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Wszystko dlatego, że każdy film MCU mógłby być osobną historią wyciągniętą bez wyraźnego szwanku z uniwersum, które tworzy. A Gwiezdne wojny to klasyczna trylogia ze ściśle powiązanym początkiem i końcem. Disney od początku nie miał pomysłu ani na jedno, ani na drugie.

Można narzekać na konserwatywnych fanów i ich wygórowane oczekiwania, ale dwie dotychczasowe części nowej trylogii to dzieła niespójne, chaotyczne i niepodejmujące żadnego ryzyko. J.J. Abrams nie miał zamiaru tworzyć nowego filmu, więc ściągnął wątki oryginalnej trylogii. Rian Johnson nie zrozumiał z kolei, że nie wystarczy chaotycznie pomieszać style i zaburzyć ustalone charaktery postaci (Luke'a, Finna czy Snoke'a), by stworzyć nowatorski film. Zwłaszcza jeśli nie potrafi się doprowadzić swojej wizji do końca.

Twórcy filmów Marvel Cinematic Universe znacznie lepiej odrobili tę lekcję. Tony Stark czy Kapitan Ameryka zachowują się podobnie w każdym filmie. Spotykają ich jednak różne zdarzenia i przygody. Iron Man nie niszczy w trzech różnych filmach portalu nad Nowym Jorkiem, a Thor nie rozkochuje w sobie kolejnej kobiety z Midgardu.

Mam duże wątpliwości, czy Disney zdecyduje się podjąć choćby delikatne ryzyko przy tworzeniu Gwiezdnych wojen. Na razie zachowują się jak dzieci we mgle.