1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

James Bay muzycznie się pogubił i dał się wepchnąć w rolę gwiazdki pop. Electric Light – recenzja

james bay electric light recenzja

Nowy album Jamesa Baya dosięgnął niestety tzw. syndrom drugiej płyty. Muzyk, w poszukiwaniu swojego głosu i miejsca w branży muzycznej, ewidentnie się pogubił, bądź, jak kto woli, posłuchał rad nie tych ludzi, co trzeba.

Nie da się ukryć, że James Bay jest produktem swoich czasów. Wywodzący się z bluesowych korzeni muzyk skorzystał z fali popularności pośród młodych hipsterskich słuchaczek bywających na Coachelli czy rodzimym Open’erze. Drogę utorowali mu m.in. Ed Sheeran czy imiennik James Blake. Bay to bowiem kolejny chłopak z gitarą o maślanym spojrzeniu, którego celem jest rozmiękczanie niewieścich serc.

Jeśli mam być szczery, to na swojej debiutanckiej płycie "Chaos and the Calm" rozmiękczył trochę i moje serce. Nie był to może wielki album, ale przyjemnie się go słuchało, szczególnie, że wtedy jeszcze Bay bliski był surowej szczerości łączącej bluesa, folk, soul i delikatny pop. Do tego jego wokal, ponadprzeciętny jeśli chodzi o barwę i skalę, naprawdę mocno się wybijał z całego krążka.

Oczywiście zapewne nie usłyszelibyśmy o tym krążku, gdyby nie utwór Hold Back The River, który szturmem zdobył światowe listy przebojów i w pewnym momencie pół globu znało refren tego kawałka. Skala jego popularności zaskoczyła chyba wszystkich.

Całkiem na miejscu wydają mi się więc niemałe oczekiwania odnośnie jego kolejnego dokonania.

Z tymże niestety James Bay wpadł w klasyczną, podręcznikową wręcz pułapkę młodych, niedoświadczonych artystów, przed którymi otwierają się drzwi do wielkiej popularności. "Electric Light" przyniosło zmianę w brzmieniu Jamesa Baya. Można powiedzieć, że jest to jakiś krok naprzód, tyle że niestety niezbyt udany.

Na swojej drugiej płycie muzyk praktycznie całkowicie odwrócił się od bluesa i soulu na rzecz chaotycznej mikstury popu, R&B i rockowo-elektronicznych naleciałości. Wyszedł z tego nie do końca lekkostrawny muzyczny "kotlet", choć ma on też swoje niezłe momenty.

Zaczyna się bardzo dobrze. Wasted On Each Other wita nas szorstkim przesterowanym riffem gitarowym, niezłym rytmem. Brzmi trochę tak, jakby Justin Timberlake zaszczepił sobie garażowe brzmienie. Refren, nastrojowy i piekielnie melodyjny, z pewnością ubarwi niejedno party na plaży tego lata.

Pink Lemonade jest jeszcze bardziej dynamiczne, po troszę new wave’owe.

Bay ewidentnie celuje tym razem w mniej refleksyjny materiał. Zależy mu na bardziej żywych reakcjach słuchaczy.

Trochę to też zasługa producenta "Electric Light", który wcześniej pracował m.in. z Adele czy Florence and the Machine. Ma to swoje wymierne skutki. Raz wychodzi to nawet nieźle, jak we wspomnianym wcześniej Wasted On Each Other, a raz gorzej, jak na przykład w Fade Out, które brzmi jak nieudana próba połączenia Bee Gees z The Weeknd.

Wild Love to pierwszy kawałek na płycie, przy którym zaczynają być słyszalne muzyczne problemy Baya. Gdzieś tam u źródła słychać, że trochę nawiązuje do dźwięków i motywów, za które pokochały go miliony, ale niestety niepotrzebne dał się namówić na przeszkadzające całości wtręty synthwave’ove oraz skręt w kierunku R&B. Oba te wybory psują całą atmosferę i zabijają poczucie kameralności z jego debiutanckiego albumu.

W Us na szczęście Bay przypomina sobie o tym by zadbać o atmosferę, tylko co z tego skoro ta ballada jest absolutnie przeciętna?

W Wanderlust słychać, że muzyk próbuje usilnie powtórzyć sukces Hold Back The River, ale średnio mu się to udaje, aczkolwiek w Just For Tonight jest już znacznie bliżej celu. Utrzymany w średnim tempie, oparty na gitarach akustycznych przebój ma refren, w którym można się zakochać, i który ma szansę stać się światowym hitem.

Ponoć główną inspiracją dla Jamesa Baya przy nagrywaniu "Electric Light" był Prince.

Przyznam, że jakoś nie bardzo jestem w stanie go tu odnaleźć. Bay nie ma nawet 10 proc. charyzmy Prince’a. Ani krzty jego zmysłowości, pomysłów, umiejętności kompozytorskich. Jest też muzycznym introwertykiem, podczas gdy Prince to jeden z najwspanialszych przykładów artystycznego ekstrawertyzmu ostatnich 200 lat.

Ale też czysto muzycznie nie widzę tu śladów ani funku, ani oszczędnych aranży, z których słynął Prince. Właściwie to jedynym utworem, który mógłby wyjść spod pióra "purpurowego księcia" jest Sugar Drunk High – klimatyczny gitarowy soul-pop z genialnym refrenem, który tylko dziś przesłuchałem kilkanaście razy pod rząd.

Jako całość jednak "Electric Light" to średnio udana próba wepchnięcia Jamesa Baya w nurt typowych gwiazd pop.

Być może ten ruch mu się opłaci w kategoriach popularności, ale muzycznie dało to słuchaczom niekoherentny, chaotyczny i nadmiernie efekciarski od strony produkcyjnej album, silący się na przebojowy pop. Wydaje mi się jednak, że ten nurt daleki jest artystycznemu DNA Baya.

Ale miejmy nadzieję, że to tylko chwilowa zabawa, eksperyment, próba sprawdzenia się w innej poetyce i na trzecim albumie James Bay przedstawi nam ciekawszą, bardziej dojrzałą i spójną wersję siebie.