1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

The Lodgers. Przeklęci to najnudniejszy horror o nawiedzonym domu, jaki widziałem

The Lodgers. Przeklęci to najnudniejszy horror, jaki widziałem

The Lodgers. Przeklęci to horror jak polska majówka. Zapowiada się doskonale, a wychodzi plucha, grad i zimno.

Zacznijmy od początku. Tytułowymi przeklętymi jest cały arystokratyczny ród, który kiedyś dokonał jakiejś zbrodni (szczegóły są na tyle nieistotne, że scenarzysta nie zawracał sobie nimi głowy). Przy życiu została tylko dwójka jego przedstawicieli: Rachel (Charlotte Vega) i jej brat bliźniak, Edward (Bill Milner).

Choć mieszkają w nawiedzonym domu, to ich rzeczywistości nie można nazwać szczególnie urozmaiconą. Dopóki przestrzegają wyznaczonych reguł upiorne istoty z jeziora nie mogą zrobić im krzywdy. Bliźniaki muszą więc być w swoich łóżkach najpóźniej o północy, nie mogą zapraszać gości za próg i opuszczać na stałe rezydencji. Ta wydaje się być trzecim i najważniejszym bohaterem The Lodgers.

Charlotte Vega i Bill Milner jako tytułowe rodzeństwo świetnie rozumieją się na ekranie.

XVIII-wieczna willa na irlandzkiej prowincji może przyprawić o ciarki na plecach. W jej zakamarkach znalazły się wszystkie klasyczne horrorowe tricki: skrzypiące schody, klapa w podłodze prowadząca w ciemność, czy zardzewiała brama. Okazuje się jednak, że prawdziwe zło tkwi w nieco innym miejscu.

Tego dowiadujemy się jednak bardzo późno. Reżyser spędza bowiem pierwszą godzinę filmu na nakreśleniu środowiska międzywojennej Irlandii z walką klas i tragicznym romansem tle. Akcja toczy się z leniwie, a jeśli już się boimy, to tylko o to, aby kaleki bohater nie przewrócił się w czasie kuśtykania po schodach.

Klątwa nałożona na ród irlandzkich arystokratów sprawia, że z tego świata znika nie tylko ich fortuna, a również ludzie.

Choć The Lodgers ocieka doskonałym, gotyckim, dusznym klimatem znanym np. z Kobiety w czerni, to w parze nie idzie z nim poczucie zagrożenia. Reżyser jak rękawiczki zmienia gatunki: raz opowiada dziwną historię miłosną, aby następnie straszyć potworami mieszkającymi w kanalizacji i szybko przerzucić się w baśniowe klimaty pogranicza snu i rzeczywistości. Są magicy, którzy z takiego szafowania uczynili sztukę (np. del Toro), ale Brian O’Malley zdecydowanie się do nich nie zalicza.

Film otwiera wiele wątków, których zakończeniem się nie przejmuje. Nie uzasadnia wprowadzania dodatkowych bohaterów, przez co, zupełnie nie przejmujemy się ich problemami. Aż do samego końca fabuła toczy się w sielskim klimacie, który sprawił, że w połowie zacząłem odliczać minuty do zakończenia. I choć finał można nazwać dość satysfakcjonującym, to dla mnie film był już w tym momencie dawno przeklęty stracony.