1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Netflix nie umie w sci-fi? Anon to kolejne filmowe rozczarowanie

Anon recenzja Netflix

Netflix ewidentnie cierpi na niemożność zaserwowania abonentom naprawdę dobrego filmu z szeroko rozumianego sci-fi. O ile Zagubieni w kosmosie i Altered Carbon przypadły mi do gustu, tak pełnometrażowe tytuły pozostawiają wiele do życzenia. Niestety, Anon wpisuje się w ten trend.

Pomysł jak zwykle jest bardzo dobry. W produkcji widzimy społeczeństwo przyszłości, w którym nie ma czegoś takiego jak prywatność, a wszelkie zbrodnie są natychmiast wykrywane. Wszystko za sprawą optycznej technologii, umożliwiającej natychmiastowe zidentyfikowanie wszystkich ludzi i obiektów oraz zapis wszystkich wydarzeń w formie nagrania POV. Ludzie mogą w dowolnej chwili wracać do wspomnień i udostępniać je innym. Jak się okazuje, mogą też przy nich majstrować.

Detektyw Sal Frieland bada sprawę tajemniczego morderstwa.

Na miejscu zbrodni są tylko ślady pozostawione przez ofiarę. Do tego zapis jego Oka umysłu wskazuje na to, że denat przed śmiercią oglądał rzeczywistość oczami sprawcy i de facto sam się zabił. Wkrótce dochodzi do podobnych morderstw. Wspólnym mianownikiem każdej z nich jest chęć usunięcia niektórych wspomnień przez ofiary. Frieland wie, że jedynym sposobem na złapanie zabójcy jest udawanie, iż detektyw sam chce pozbyć się kilku nagrań z własnego Oka. To naprowadza go na tajemniczą Anon, której danych nie ma w policyjnych systemach.

Niestety, na pomyśle się kończy, bo wykonanie jest takie sobie. O ile tajemniczość Anon wypadła całkiem nieźle, tak wątek prywatnego i zawodowego życia Sala sprawia wrażenie przykrego obowiązku zrealizowanego przez twórców. Rodzinne wspomnienia oraz rozmowy z byłą żoną są po prostu nudne i nie wnoszą do fabuły nic konstruktywnego. Z kolei dyskusje ze współpracownikami i przełożonym to sztampa w pełnej krasie.

Duży wpływ na ogólny odbiór ma gra aktorska.

O ile Clive Owen nie raz potrafił oczarować widzów, tak tym razem wydaje się skrajnie znudzony i zniechęcony. Przez znakomitą większość filmu można mieć wrażenie, że aktor został wrobiony w przyjęcie roli i tylko czeka, żeby opuścić plan. Nie lepiej wypada Amanda Seyfried; tytułowy Anon nie chce zdradzać zbyt wiele także za pomocą mimiki i sposobu bycia. To samo niestety tyczy się bohaterów drugoplanowych.

Oczywiście, można używać argumentu, że Anon to film, w którym nadmierna ekspresja nie pasuje do jego charakteru i klimatu.

Jest w tym ziarno prawdy, ale reżyserem i scenarzystą obrazu jest Andrew Niccol, odpowiedzialny m.in. za fabułę Truman Show. Tam również mieliśmy do czynienia z pełną inwigilacją i brakiem prywatności, a trudno stwierdzić, by na ekranie dominowały obojętne twarze. Warto też przypomnieć sobie Czarne lustro, gdzie w odcinku Cała twoja historia także mieliśmy do czynienia z rejestrowaniem wspomnień.

Do tego dochodzi kiepska warstwa wizualna. Przeglądanie wirtualnej sieci Oka zachowuje jeszcze przyzwoity poziom, ale nagrania POV już nie. Ustawienie kamery po prostu nie odpowiada faktycznemu widokowi z pierwszej osoby. O ile w zwykłych scenach można przymknąć na to oko, tak fragmenty z zabójstwami i trzymaniem przed sobą broni są tragiczne. Od razu wzbudziły u mnie skojarzenia z Doomem. I nie chodzi mi o najnowszy reboot czy scenę FPS z filmu Andrzeja Bartkowiaka, ale klasyczną wersję z lat 90., gdy grafika i fizyka w grach były dopiero w powijakach.

Niestety, Anon nie przełamuje klątwy Netfliksa. To zaskakujące, że platforma praktycznie cały czas idzie w dobrym kierunku, ale po drodze psuje niemal wszystkie ważne elementy. Jednak same pomysły i nazwiska nie wystarczą. Już pora, by gigant VoD wreszcie to zrozumiał.