1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Bokka ma o co walczyć. Recenzja nowego albumu Life on Planet B

Wydanie trzeciego albumu, "Life on Planet B" zamaskowany zespół Bokka odkładał nieco w czasie. Choć od premiery poprzedniego krążka minęły ledwie niecałe 3 lata, w muzycznym świecie przez ten czas mogło zmienić się bardzo dużo.

Bokka z nowym albumem ma o co walczyć. Recenzja Life on Planet B

Na polskim rynku muzycznym przez ten czas pojawiły się pewnie setki nowych zespołów, słuchacze zrobili się bardziej wymagający i kapryśni. Jak przyjmą "Life on Planet B"?

Wydanie trzeciego albumu długogrającego zespół Bokka powierzył lokalnemu oddziałowi międzynarodowej wytwórni Play It Again Sam. Spory i ważny krok, bowiem kontakty tak dużego gracza mogą zespołowi pomóc, chociażby w bookowaniu zagranicznych koncertów. Tak było w przypadku Moniki Brodki, której album "Clashes" z 2016 roku został również wydany przez PIAS.

Jest o co walczyć i jest czym walczyć - najnowsza płyta Bokki, zatytułowana "Life on Planet B" brzmi naprawdę dobrze. Koncepcja, o której zespół wspominał w materiałach promocyjnych na długo przed premierą, współgra z tym, co słychać na finalnym produkcie.

Założenie bowiem było takie - muzyka zawarta na "Life on Planet B" ma przenosić do nierzeczywistych miejsc, przywodzić na myśl kosmiczne obrazy. I wszystko się zgadza - podczas odsłuchu materiału do głowy przychodzą najróżniejsze scenariusze science-fiction.

Wiele z tych kawałków mogłoby robić za soundtrack do Stranger Things czy Zagubionych w Kosmosie.

Ja wiem, że to inspiracje bardzo wyeksploatowane, a za chwilę będę już do reszty wyświechtane, jednak członkowie zespołu Bokka wpletli wątki sci-fi z rozsądkiem i smakiem, być może korzystając z ostatniej okazji, zanim moda na oldskulowe motywy stanie się do reszty męcząca.

"Life on Planet B" to pierwszy album Bokki, który w pełni do mnie trafia. Dwa poprzednie, "Bokka" oraz "Don't Kiss and Tell" (album zdobył w 2016 roku Fryderyka w kategorii Album roku elektronika i alternatywa), wydawały mi się niekompletnie, znajdowałam na nich co prawda niezłe fragmenty, ale żadnego z nich nie kupiłam w całości.

Rzecz ma się inaczej z "Life on Planet B".

Bokka konsekwentnie utrzymuje swój wizerunek zespołu tajemniczego i anonimowego, występując w charakterystycznych maskach. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale w porządku, skoro artyści tak sobie życzą, niechaj będzie.

Od pierwszego numeru, "Day 1", wokalistka Bokki raczy swoim świetnym, niskim i głębokim głosem. Ten idealnie zgrywa się z chłodnymi dźwiękami serwowanymi przez jej towarzyszy. Kosmiczne zabarwienie albumu podkreślają syntezatorowe pasaże, jak te w utworach "Button" czy przepięknie ejtisowym "Run for Yourself".

Żeby nie było nudno, dla przeciwwagi mamy takie kawałki jak "Paper Fuse" ze świetnie poprowadzonym i podkreślonym basem.

Obok niego zaś "In Love With the Dead Man", która wcale nie jest balladą, a energetycznym, przebojowym kawałkiem. Muzycy pokusili się też o małą zabawę z klasyką - posłuchajcie numeru "Hello Darkness", a zwłaszcza pierwszym wersów tekstu.

W "Life on Planet B" lubię to, że pędzi.

W zasadzie nie ma tam momentów przestoju, są może delikatne spowolnienia, ale nie burzą one głównego tempa. Jestem przekonana, że materiał spodoba mi się również na żywo, oczywiście pod warunkiem właściwego nagłośnienia basu, który, wbrew pozorom, pełni tu ważną rolę.

W dniu premiery albumu w drodze na jeden z koncertów członkowie zespołu wraz z ekipą zaliczyli okropny wypadek - pożar samochodu strawił niemal cały sprzęt i instrumenty. Oby ta straszna przygoda, na przekór, była początkiem wspaniałej trasy koncertowej. Szkoda by było, gdyby taki dobry album nie został porządnie przetestowany przed publicznością.