1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Fenomenalny powrót po latach! Eat the Elephant – recenzja nowej płyty A Perfect Circle

Warto było czekać te 14 lat. Nowa płyta A Perfect Circle "Eat the Elephant" to ponowne narodziny grupy i niemal pewny kandydat na płytę dekady.

A Perfect Circle Eat the Elephant recenzja

Przyznam, że w ostatnich latach powoli zacząłem zapominać o A Perfect Circle. 15 lat muzycznej nieobecności (tyle minęło od wydania ich ostatniej płyty z oryginalnym materiałem) to nie jedna, a wręcz dwie epoki w branży. Ostatnio częściej wracałem do wcześniejszej formacji Maynarda Jamesa Keenana, czyli Toola. Aż tu nagle, kilka miesięcy temu doszła do mnie wesoła nowina głosząca powrót APC. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałem, że szykuje się z tego album roku.

Zaczyna się dość niepozornie. Tytułowy Eat The Elephant to spokojny, przewodzony przez znakomity fortepianowy riff kawałek z przepiękną wokalną linią melodyczną.

Przywodzi na myśl twórczość grupy Porcupine Tree. To w ogóle dość nieoczekiwany ruch, by zaczynać płytę od ballady, którą tradycyjnie znaleźlibyśmy gdzieś bliżej trzeciego-czwartego kawałka na albumie.

Co więcej, następny utwór wcale znacznie nie przyspiesza. Disillusioned tylko nieznacznie nabiera tempa, zresztą gdzieś w połowie nawet jeszcze bardziej zwalnia, serwując nam wspaniałe, poruszające i przepełnione melancholią solo na fortepianie. Disillusioned w przekonujący sposób mierzy się z naszą obsesją bycia online, życia w wirtualnym świecie i uzależnienia od smartfonów:

Czas odłożyć silikonową obsesję na bok. Rozejrzyj się wokół. Znajdź drogę do ciszy – śpiewa Maynard James Keenan.

Co ważne, pomimo wyraźnie ambientowych konotacji, opartych w dużej mierze na fortepianie czuć, że gdzieś tam u źródła jest to kawałek o stylistyce charakterystycznej dla A Perfect Circle.

Zmieniać się, a przy tym pozostawać w duchu tym samym – to jest sztuka!

Przy Doomed atmosfera narasta, pojawiają się gitary, ostrzejsze, bardziej agresywne brzmienie, ciekawe aranże. Znakomita praca perkusji, od której zaczyna się Doomed, perfekcyjnie współpracuje z kapitalnym i intensywnym gitarowym riffem w refrenie. Utwór ten ma niesamowitą filmową, wręcz apokaliptyczną atmosferę, a muzycy mierzą się w nim z konserwatywnym pojmowaniem świata i religii oraz społeczną nierównością w dystrybucji pieniądza. Świetna, mocna i ważna rzecz!

Dalej jest tylko lepiej! So Long, And Thanks for All the Fish (tytuł zaczerpnięty z książki "Autostopem przez Galaktykę"), to istny przebój w stanie czystym. Piekielnie melodyjny (brzmi trochę jak rockowa wersja Pet Shop Boys), znajdujący się gdzieś na granicy muzyki pop. A do tego naładowany odniesieniami do  legend i ikon popkultury, które odeszły w ostatnich latach. Keenan wspomina w nim Davida Bowiego, księżniczkę Leię, Willy'ego Wonkę (a konkretniej wcielającego się w niego niegdyś Billy’ego Wildera), Muhammada Alego, Prince’a. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zrobił tego choćby z niewielką nutą ironii, tak więc utwór ten jest tyleż samo muzycznym hołdem, co wypunktowaniem bezdusznego przemysłu rozrywkowego, który próbuje zarabiać na śmierci gwiazd.

Jestem w połowie płyty i jest tak dobrze, że zaczynam się obawiać, że zaraz się czymś rozczaruję. Ale rozczarowywać się na "Eat the Elephant" nie ma za bardzo czym.

Talk Talk chyba najbliższy jest brzmieniu Toola, czyli oryginalnej formacji Keenana. Delicious ma w sobie znamiona rockowego hymnu. Mocny refren, rewelacyjna praca gitary i wspaniała, smakowita solówka na sam koniec sprawiają, że kawałek ten jest prawdziwym majstersztykiem. Nie wyobrażam sobie by zabrakło go na koncertach APC.

Podobnie rzecz ma się z Hourglass, mistrzowską zabawą z syntezatorowymi dźwiękami spod znaku Depeche Mode i genialną przestrzenną aranżacją – kawałek ten aż kipi od znakomitych pomysłów melodyjnych, pulsujących riffów gitary, przyjemnie buczącego basu.

Naprawdę ciężko mi znaleźć jakikolwiek minus "Eat the Elephant". I wcale nie jest to wynik euforii związanej z jednym z najbardziej przeze mnie oczekiwanych muzycznych powrotów ostatnich lat.

Nowa płyta A Perfect Circle jest bliska... perfekcji, tak pod względem brzmienia, kompozycji, warstwy lirycznej jak i pomysłów aranżacyjnych.

Słuchając "Eat the Elephant" ma się wrażenie, jakby jej dźwięki malowały przed naszymi oczami niezwykłe obrazy, pełne rozległych przestrzeni i kinowego rozmachu. A przy tym wszystkim nowe dzieło APC jest zupełnie inne od wcześniejszych dokonań grupy i bardziej przystępne, może stanowić idealny album na początek muzycznej przygody w świecie A Perfect Circle dla kogoś, kto nie znał wcześniej tej formacji.

Z drugiej strony, jak pisałem wcześniej, jakimś cudem Keenan i trzymający pieczę nad całością Billy Howerdel (grający na prawie wszystkich instrumentach na płycie!) sprawili, że pomimo odmiennego brzmienia fan grupy odnajdzie tu też stare dobre A Perfect Circle, co tylko dowodzi ponadprzeciętnych umiejętności kompozytorskich obu panów.