1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Co Thirty Seconds To Mars mają jeszcze wspólnego z rockiem? – recenzja albumu America

Odpowiedź na moje rozważania z tytułu tej recenzji przyszła szybko – jeśli grupa Thirty Seconds to Mars uważa się za gwiazdy rocka, to płyta America stanowi dowód na to, że są niczym więcej jak pozerami.

30 seconds to mars america
185 interakcji
dołącz do dyskusji

Nie jestem wielkim antyfanem Thirty Seconds To Mars. Lubiłem ich debiutancką płytę, a i na Beautiful Lie potrafiłem znaleźć niezłe momenty i szczyptę szczerych emocji.

Cenię też Jareda Leto, było nie było wokal ma naprawdę dobry, do tego równolegle z karierą muzyka był w stanie rozwinąć swoją karierę aktorską, ba, nawet dostać Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego!

Aż prosi się o pełen zazdrości wyrzut: "Jakim cudem jedna osoba jest w stanie zyskać uznanie i popularność w Hollywood i branży muzycznej jednocześnie?!". Setki tysięcy ludzi próbuje dobić się choć do jednych z wyżej wymienionych drzwi i spotyka się z odrzuceniem. Cóż, kto powiedział, że świat jest uczciwy i sprawiedliwy? Jedni nie mają nic, a inni aż za dużo.

Z jednej strony cieszę się z sukcesów Leto, z drugiej przyznam, że jego zabawa w gwiazdę rocka jest trochę niepoważna, by nie użyć mocniejszego słowa.

Co więcej, muzyka jaką serwują nam Thirty Seconds To Mars z krążka na krążek ma coraz mniej wspólnego z rockiem, a na płycie America nie ma po nim praktycznie śladu. To płyta popowa.

Nie mam oczywiście nic przeciwko muzyce pop. Wiele moich ulubionych płyt wszech czasów reprezentuje ten gatunek. W przypadku Thirty Seconds To Mars jednak mamy do czynienia z ewidentnym marnowaniem potencjału na rzecz koniunkturalizmu.

Z jednej strony, szkoda naprawdę niezłych muzyków wchodzących w skład grupy, potrafiących grać na instrumentach, komponować, znających realia rynku. Do tego muzyków doświadczonych, więc mających zadatki na tworzenie czegoś więcej niż banalne popowe przyśpiewki.

Ale nawet jeśli panowie chcą trzymać się popu, to szkoda, że nie porwą się na coś bardziej ambitnego w obrębie tego gatunku. To wręcz wstyd, że nie mająca jeszcze nawet 20 lat Lorde jest w stanie nagrać o wiele dojrzalszą muzycznie i ciekawszą (jak i również bardziej przebojową) płytę popową niż trójka dojrzałych chłopów.

America to album, który spokojnie mogłaby nagrać Katy Perry bądź Ellie Goulding, gdyby miały gorszy dzień i były odpowiednio zdesperowane.

Historia muzyki zna przykłady grup rockowych, które zwracały się ku muzyce pop, ale to wcale nie usprawiedliwia Thirty Seconds To Mars z nagrania albumu absolutnie nijakiego.

Otwierający krążek Walk on Water, ze skandującym refrenem, wydaje się jakby był pisany przez automat na określonym z góry wzorze "energetycznego" kawałka który nadaje się na stadiony.

Dangerous Night to już typowa Katy Perry. Jeśli Leto jest w stanie bez najmniejszego wstydu wykonywać go przed ludźmi, to musi być z nim coś nie tak. Tym bardziej, że nie wiem czy sama Perry umieściłaby ten kawałek na swojej płycie. Brzmi jak irytujący, mdły zapełniacz nastoletniej gwiazdki popu.

W Recue Me słyszalne są pierwsze ślady gitarowych brzmień – tu w postaci ciekawego riffu gitarowego w zwrotkach. Potem oczywiście nawał elektroniki, hip-hopowych naleciałości i przesadzonej produkcji wszystko burzy, ale lepsze to niż nic.

One Track Mind to jakaś przedziwna mieszanka synthwave'owej ballady z R&B, która pod koniec jeszcze wita się z hip-hopem. I nie pomaga jej wcale przepuszczony przez autotune’a wokal Leto. Trochę ratuje za to ciekawa, melodyjna i nastrojowa solówka na gitarę, ale nie trwa ona nawet 20 sekund. Tak jakby grupa postanowiła ją wrzucić, by jakoś uzasadnić swoją przynależność do rockowej braci.

Najciekawszym kawałkiem na płycie jest dla mnie Monolith.

Dynamiczny, świetnie zaaranżowany, o interesującej konstrukcji, oparty na mocnym rytmie bębnów oraz elektronicznych motywach. Świetnie nadawałby się do sceny pościgu w futurystycznym thrillerze. Tylko co z tego, skoro jest to trwający ledwie półtorej minuty instrumentalny przerywnik?

Jak pisałem wcześniej, nie mam problemu z tym, że Thirty Seconds To Mars nagrali popową płytę, mam problem z tym, że nagrali SŁABĄ popową płytę. Nudną, wtórną, nie prezentującą sobą niczego interesującego. Utwory zdają się być pisane bez większej weny czy inspiracji, pozbawione autentyczności, nastawione głównie na komercyjny sukces (rzadko który kawałek ma nieschematyczną budowę i trwa powyżej czterech minut).

America to album pisany i wydany od niechcenia, głównie po to, by grupa mogła wyruszyć w kolejną trasę koncertową i zaprezentować lekko zaktualizowany repertuar.

Wydaje się, że o wiele młodsze od nich gwiazdy pop są już dawno o kilka poziomów wyżej, z kolei grupy rockowe znajdują się w zupełnie innym miejscu. Ale skoro ta przedziwna nisza pasuje zarówno muzykom jak i fanom grupy, to kim ja jestem by tak zrzędzić?