1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Prima aprilis. Filmy, po których nie będzie ci do śmiechu

Przychodzi taki moment w roku, kiedy wszyscy śmieszkują na potęgę. Prima aprilis to magiczny czas, gdy fake newsy stają się na chwilę rzeczywistością, choć obawiam się, że lada moment tak będzie już zawsze. Korzystając z okazji, przypomnijmy sobie te najbardziej nieudane żarty, jakimi obrzuca nas co jakiś czas Hollywood.

nicolas cage wampir

Kac Vegas III

kac vegas 3

Zatem: mamy do wydania aż 100 mln dolarów na komedię. W obsadzie całkiem niezłych aktorów. Robimy trzecią część popularnej (ktoś wie czemu?) serii, która stała się kasowym sukcesem. Prima aprilis! Robimy film, w którym nie ma ani jednej zabawnej sceny. To będzie dopiero zaskoczenie! – Tak musiały wyglądać rozmowy twórców i producentów trzeciej części jednej z najgorszych serii komediowych wszech czasów. Nie widzę innego powodu, dla którego wykładając na film komediowy takie pieniądze i zatrudniając tak dobrych komików, można zrobić tak nieśmieszną produkcję parafilmową.

To musiał być żart. Musiał!

Filmy z Nicolasem Cage’em

nicolas cage

Jednym z najlepszych popkulturowych żartów ostatnich dwóch dekad jest wmawianie nam, że Nicolas Cage potrafi grać, jego twarz nie jest w postępującym stadium letargu, jest wziętą gwiazdą kina akcji. Przy tym ostatnim punkcie naprawdę wybornie się uśmiałem.

W swej jakże bogatej filmografii Cage wcielał się m.in. w wampira, zanim stało się to modne czy mistycznego magika w żenująco nieudanym "Uczniu czarnoksiężnika", który okazał się (chyba) niezamierzoną parodią Harry’ego Pottera.

Był też kultowym Ghost Riderem w filmach, o których lepiej zapomnieć.

Ale nic nie przebije jego zadumanej i przygniecionej dylematami codzienności mimiki w kinie akcji i thrillerach, takich jak Historia zemsty, Pakt krwi czy Geniusze zbrodni.

Jego fenomen jest niesłychany – grywa rocznie nawet w 5 filmach, których prawie nikt nie ogląda (większość nie trafia nawet do masowej dystrybucji), a krytycy i widzowie mieszają z błotem. On sam stał się obiektem kpin i żartów oraz, co gorsza, memów (znak, że jest naprawdę źle). A jednak, pomimo tego Cage grać nie przestaje, nadal przebierając w licznych propozycjach. Zabawne, prawda?

Arnold Schwarzenegger wrócił!

arnold schwarzenegger terminator

Jak obiecywał, tak zrobił. Guberna... to znaczy, Terminator powrócił. Niestety. Jakiś pan w krawacie, zaszyty gdzieś na wzgórzach Hollywood uznał, że jego kultowe I’ll be back należy rozumieć dosłownie. Tym sposobem, po jakże owocnej karierze gubernatora Kalifornii i ze skandalem rozporkowym w tle, Arnold znowu chce kopać tyłki, rozwalać złoczyńców i robić przy tym sporo zamieszania.

Sęk w tym, że akurat ten żart średnio się chyba udał, bo nikt za bardzo nie garnie się do oglądania go na dużym (i małym) ekranie. I to nie tylko w tak słabych filmach, jak Sabotaż, Dorwać Gunthera czy Likwidator, ale nawet w nowych odsłonach Terminatora.

Ale Schwarzenegger nie poprzestaje - już za rok zobaczymy go w kolejnym Terminatorze i, uwaga, uwaga, nowym Conanie Barbarzyńcy.

A ja cały czas żałuję, że w drugim Terminatorze, wypowiadając słowa I’ll be back, nie dodał: Żartowałem.

Bitwa o Ziemię

bitwa o ziemie

Ten film, prawdopodobnie jeden z najgorszych w historii kina, to z jednej strony owoc pasji, zaś z drugiej - gwóźdź do aktorskiej kariery Johna Travolty. Battlefield Earth, znany w Polsce jako Bitwa o Ziemię, jest adaptacją niewiele lepszej powieści L. Rona Hubbarda, pisarza science-fiction oraz... założyciela Scjentologii.

Travolta, należący do Scjentologów, ubóstwiał postać Hubbarda do tego stopnia, że postawił wszystko na jedną kartę i nie bacząc na marny materiał źródłowy oraz to, jak komicznie i żałośnie zarazem prezentuje się w kostiumie kosmity, doprowadził do produkcji filmu. Po premierze Bitwy o Ziemię śmiało się z niego całe Hollywood i co najmniej pół świata, a jego kariera legła w gruzach. Dlaczego?

Pomijając naiwną i głupią fabułę, Bitwa o Ziemię to niezamierzona komedia.

Same marne efekty specjalne i charakteryzacja sprawiają, że trudno powstrzymać się od śmiechu, a formalnie to istna katastrofa (karygodny montaż i reżyseria, za którą powinna grozić chłosta). Przy tym filmie The Room wyrasta na niemal arcydzieło.

Game Over, Man!

game over man recenzja

Odwiedzacie Netfliksa w celu obejrzenia jakiejś niezobowiązującej, ale udanej komedi, natrafiacie na niedawną premierę, Game Over, Man!, wciskacie guzik "play". I co? Prima aprilis! Słowo "komedia" gdzieś uszło wraz z powietrzem podczas powstawania tego kompletnie nieudanego i przede wszystkim nieśmiesznego filmu. A to jednak sztuka (albo niezły żart, głównie z nas, widzów), by nawet kloaczne dowcipy położyć tak ciężką ręką do pisania dialogów i wymyślania w założeniu zabawnych scenek.

Ale to tylko dowodzi temu, że nawet najgłupsze komedie jakie widzieliśmy w życiu wymagają jakiejś inwencji twórczej, choćby liczonej w promilach. Tutaj nawet tego zabrakło.

Stawiam piątaka, że skręcony dla beki, na prędce amatorski film, dajmy na to z olsztyńskiego osiedla, wyszedłby o wiele zabawniej.

Green Lantern

green lantern

Jak na tej liście mogłoby zabraknąć filmu, z którego żartuje sobie sam odtwórca roli głównej, czyli Ryan Reynolds? Green Lantern to zabawny (choć nie dla producentów i reżysera) przykład tego, jak może wypaść komiksowe widowisko, gdy nie ma się na nie żadnego pomysłu, poza wyciąganiem pieniędzy od naiwnej publiczności, która pozornie bezmyślnie pójdzie do kina na każdy film z superbohaterem.

Fatalny scenariusz trudno przełknąć, przyznaję. Ale w tego typu filmach rażą mnie inne rzeczy. Np. komiczne efekty specjalne, mając na uwadze to, że w Green Lantern wpakowano 200 mln dolarów. Ktoś kto wykładał taką ilość pieniędzy na średnio znaną postać DC musiał być albo niezorientowany w temacie, albo mieć nie lada poczucie humoru. Sztuką jest też takie poprowadzenie aktorów, między którymi na ekranie nie ma ani krzty chemii, że na koniec, w prawdziwym życiu stają się parą i na czerwonym dywanie potrafią okazać sobie więcej emocji niż w tym filmie. Mowa oczywiście o Blake Lively i Ryanie Reynoldsie.

Jedynym plusem tego filmu, poza związkiem Reynoldsa i Lively są chyba tylko żarty z Green Lanterna w Deadpoolu.

Ale nadal nie uważam, że było to warte tych 200 mln i straconego czasu.

Batman i Robin

Hej, chcecie obejrzeć film o Batmanie? Chodźcie! Będzie sporo akcji, dużo wrogów, będzie też Robin, dorzucimy nawet Batgirl. Arnold Schwarzenegger zagra Mr. Freeze. Będzie fajnie. Prima aprilis! Jeśli to był żart z fanów Batmana, to jeden z bardziej dotkliwych.

A biorąc pod uwagę fakt, że do roli Batmana zatrudniono George’a Clooneya uznaję, że to musiał był żart, bo kto poważny porwałby się na coś takiego?

Ale Batman i Robin istnieje i musimy z tym jakoś żyć.

Kto powiedział, że wszystkie kawały muszą być udane i śmieszyć każdego? Zapewne dla wytwórni w tamtym czasie było to zabawne, by potraktować widzów jak bezmyślną masę i wcisnąć im filmopodobny produkt, służący głównie do sprzedaży jak największej ilości zabawek (stąd taki ogrom postaci w tej produkcji).

I przyznam, że sam dałem się na to trochę nabrać, bo pamiętam, że w momencie polskiej premiery filmu sklepy z zabawkami aż pękały w szwach od figurek z Batman i Robin, na które i ja się skusiłem.