1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Jack White nagrał właśnie najgorszą płytę w swojej karierze. Boarding House Reach - recenzja

jack white boarding house reach recenzja

To miał być wielki powrót po latach, a skończyło się na rozczarowaniu. Nowa płyta Jacka White'a, niegdysiejszej połówki duetu The White Stripes, brzmi jak hipsterskie demo muzyka, który nie wie, co tak naprawdę chce zrobić.

Mam czasem problem z wielkimi muzykami, którzy długo każą czekać na swój nowy materiał. Poprzedni album Jacka White'a, "Lazaretto", miał swoją premierę 4 lata temu. Od tamtego czasu muzyk nieczęsto publikował swoje nowe dokonania. I kiedy nagle pod koniec ubiegłego roku zapowiedziano, że jego trzeci solowy album ukaże się w 2018 roku, byłem pełen nadziei i przeczucia, że będzie to coś dobrego. Przecież człowiek, który wprowadził rocka w XXI wiekm nie może się mylić, prawda? A jednak...

"Boarding House Reach" zaczyna się dość bezpiecznie.

Connected by Love to spokojny, przejmujący kawałek, trochę w stylu U2 z czasów ich największej świetności, z wyrazistym syntezatorowym basem w tle i znakomitą gitarową solówką pod koniec. Słucha się nawet przyjemnie, ale znając wcześniejsze dokonania White’a, można poczuć lekkie rozczarowanie.

W większości instrumentalny Corporation brzmi niczym magicznie wyjęty z przeszłości utwór, który spokojnie mógłby znaleźć się na soundtracku jakiegoś filmu blacksploitation z lat 70. Jego aranżacja wyraźnie oddaje hołd dziełom Franka Zappy. Jesteśmy więc nadal blisko rocka.

Over and Over and Over raczy nas mięsistym, hipnotyzującym riffem w niskich rejestrach. Jej psychodeliczny charakter sprawia, że idealnie nadawałaby się do filmu Quentina Tarantino, jako tło do jakiegoś pościgu.

Respect Commando to fascynujący wyraz muzycznej schizofrenii (kontrolowanego szaleństwa?) White’a.

Pierwsza połowa tego kawałka to na dobrą sprawę dynamiczny dub i nagle w drugiej połowie przepoczwarza się w psychodelicznego blues rocka spod znaku późnych Led Zeppelin.

Choć muszę przyznać, że z tymi przejściami White trochę mnie zaniepokoił tym razem. "Boarding House Reach" brzmi trochę tak, jakby muzyk obraził się na tradycyjną konstrukcję, a wręcz postanowił ją kontestować w całości. Niemal każdy z utworów ma "rozerwaną" budowę. Ice Station Zebra to kuriozalna zabawa muzyka w hip-hop. Delikatnie mówiąc, nie jest to jego mocna strona. W dodatku pełno to dziwacznych zmian tempa, które kompletnie nie mają sensu.

Hypermisophoniac brzmi jak chaotyczna improwizacja.

Sprawia wrażenie, jakby White wypluwał się z roboczych pomysłów, z których dopiero mają wykiełkować realne utwory.

Wspomniany wcześniej Corporation na pierwszy rzut ucha brzmi bardziej sensownie. Oldschoolowy, hard rockowy, instrumentalny twór jest wprawdzie trochę wtórny, ale przynajmniej nie zahacza o grafomanię. Szkoda tylko, że White postanowił umieścić w nim jakieś idiotyczne skandowanie, w którym oznajmia, że myśli, by założyć korporację i pyta się, kto może do niego dołączyć. Aż chce się to skomentować, używając sakramentalnego: "że co?!"

Gdzieś uleciała z Jacka dawna umiejętność (i potrzeba?) pisania dobrych, dopieszczonych kawałków. Zamiast angażujących słuchacza melodii i mocnych riffów, dostajemy zbieraninę mętnych pomysłów, które brzmią tak, jakby Jack White nagrał eksperymentalną płytę demo, która nie powinna ujrzeć światła dziennego.

Jeśli Jack White tak widzi siebie w kolejnym stadium post rocka, to niestety jest to - chwilami nawet zajmujący - całościowo jednak nieudany eksperyment. Zamiast psychodelii, mamy tu chaos, aranżacyjną anarchię i ślady muzycznej grafomanii. Zamiast świeżych i ciekawych pomysłów dostajemy niedokończone i pokraczne idee, które grzęzną w mętnych aranżach. Rozczarowanie roku? Niestety.