1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Na płycie Bible of Love Snoop Dogg oddaje cześć Bogu – recenzja

Snoop Dogg Bible Of Love recenzja

Podwójny album, nad którym pieczę sprawuje Snoop Dogg, to imponująca składanka znakomicie wyprodukowanych kawałków gospel i R&B. Tego typu krążki nieczęsto pojawiają się w mainstreamie, więc tym bardziej warto po nie sięgać.

Przyznaję się bez bicia, że gdy pierwszy raz usłyszałem, że Snoop Dogg planuje wydać album gospel, uznałem, iż to nawet niezły żart. Później, gdy zaczęło się okazywać, że to jednak prawda, pojawiły się u mnie wątpliwości. Snoop Dogg to kultowy raper, ma za sobą ponad ćwierć wieku kariery w branży. A zaczynał od gangsta rapu. Jego muzyka zawsze była na wysokim poziomie, jednak odznaczała się określoną poetyką i stylem. A gospel to jednak zupełnie inna bajka, inna wrażliwość, inne aranże.

Ale jednak Snoop wywiązał się z tego zadania na solidną piątkę!

W dużej mierze dzięki temu, że oddał mikrofon innym artystom, muzykom, aranżerom i wokalistom.

On sam pełni na "Bible of Love" rolę raczej kuratora, mózgu całej operacji. Trzyma on nad wszystkim pieczę i pilnuje, czy projekt idzie zgodnie z planem. Trochę podobnie, jak to zrobił niedawno Kendrick Lamar na znakomitym "Black Panther: The Album".

Snoop udziela się na krążku stosunkowo rzadko, można uznać, że jest wręcz gościem w paru kawałkach. I w ten sposób wybrnął on z możliwego niebezpieczeństwa stworzenia nieudanej płyty, którą mogły pokonać jego własne ambicje.

Słuchając "Bible of Love" czuć przede wszystkim znakomitą, luźną i pełną przestrzeni twórczej atmosferę.

Snoop postawił sobie konkretny cel – chciał stworzyć płytę gospel, która oddawałaby cześć Bogu, ale w sposób nienachalny, odwołując się do tradycji tego gatunku. Przy okazji oddając cześć swojej matce oraz muzycznym korzeniom. Jego przygoda z muzyką rozpoczęła się bowiem od śpiewu i gry na fortepianie w chórze kościelnym Baptystów.

Uwagę zwracają też znakomici muzycy, którzy wzięli udział w nagraniu "Bible of Love".

Począwszy na sekcji rytmicznej poprzez gitary, pianino, kończąc na fantastycznych wokalistach takich jak Patti Labelle, Faith Evans, John P. Kee czy B Slade, którzy wynoszą ten album co najmniej o poziom wyżej.

"Bible of Love" zaczyna się od spokojnej modlitwy gospel, Love for God, która idealnie nastraja do całej reszty płyty. Always Got Something to Say bliższe jest już najlepszym motywom złotej ery R&B z początku lat 90. Świetny, kołyszący refren działa niczym wehikuł czasu przenoszący nas na pierwsze płyty Boyz II Men. Jest to też jeden z tych nielicznych przypadków, w których muzycznie (rapowo) udziela się sam Snoop.

Na Defeated wita się z nami John P. Kee – wybitny wokalista gospel i pastor. Znany jest głównie w Stanach i to nie od dziś, bowiem swoje płyty wydaje od końca lat 80.

Na wspaniałym Saved przypomina nam o sobie Faith Evans, o której branża trochę zapomniała.

Jej kariera dość prężnie rozwijała się w drugiej połowie lat 90., ale potem nagle ucichła. Saved - będący gospelem z najwyższej półki od strony aranżacji i kompozycji - umożliwia jej fantastyczne rozwinięcie skrzydeł. Kawałek z miejsca porywa słuchacza. Wykonany jest bowiem z taką energią i zaangażowaniem, że jest w stanie poruszyć góry.

Snoop Dogg umiejętnie i nieinwazyjnie miesza ze sobą gospel, przechodzacy chwilami w soul, R&B. Miejscami zbliża się do hip-hopu. Prowadzony przez znakomity basowy beat Sunshine Feel Good, w którym Snoop ponownie udziela się wokalnie, jest taką właśnie mieszanką i to w obrębie tego jednego utworu.

Ale momentami Snoop idzie jeszcze dalej.

Genialny Pure Gold - wykonany w całości przez The Clark Sisters - to porywająca ballada, w której spotykają się soul i psychodeliczny rock! Na New Wave R&B wchodzi chwilami w rejony jazzu.

Analogiczna sytuacja ma miejsce w fenomenalnym On Time, który czysto muzycznie jest jednym z bardziej imponujących kawałków, jakie słyszałem w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, a wykonujący go B Slade wspina się na wokalne wyżyny.

Jeśli sądzicie, że album wychwalający Boga, nawet taki, nad którym czuwa Snoop Dogg, jest zapewne nudny i nie dla was, to polecam kawałek You, który brzmi jak superprzebój, o który na kolanach modliłby się Pharrell.

Znajdujący się na drugiej płycie Changed to z kolei moje pierwsze zetknięcie z hip-hopem i gospel w jednym. Praise Him to hip-hopowa petarda w wykonaniu Spoopafly, która udowadnia, że Snoop, choćby tylko jako producent, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i ciągle jest w stanie dać światu elektryzujące rytmy.

Nie znam wielu dwupłytowych albumów, które potrafiłyby trzymać równy poziom. Nagrywając aż 32 kawałki nie ma takiej siły, by każdy był równie dobry jak poprzednik. I tak pierwszy krążek "Bible of Love" wydaje się być bardziej spójny, natomiast drugi, choć bardziej różnorodny (o wiele częściej zapuszczający się w stronę hip-hopu i eksperymentalny), już nie robi tak dobrego wrażenia. Choć nadal jako całość broni się on znakomicie.

Kompletnie się tego nie spodziewałem, ale Snoop Dogg nagrał mistrzowsko wyprodukowany i genialnie zaaranżowany album, którym jest w stanie nawrócić nawet zatwardziałego ateistę.

Ja osobiście do wierzących nie należę, ale "Bible of Love" słuchałem z zapartym tchem, bowiem jest to po prostu znakomita dawka muzyki na najwyższym poziomie, która pokazuje, jak dobrym producentem jest Snoop i jak wielką siłę może mieć muzyka, która wynika z pasji i miłości.