1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Bogowie metalu nie zardzewieli. Judas Priest i płyta Firepower – recenzja

Judas Priest Firepower recenzja

Zespół Judas Priest udowadnia, że nawet mając na karku tak długi staż, nadal można dostarczyć fanom solidną dawkę mocnego i energetycznego grania.

W czasach licealnych Judas Priest byli jednym z moich ulubionych zespołów. Niby bardziej schematyczni i "kwadratowi" niż Iron Maiden, ale jednak ich płyty z przełomu lat 70. i 80., które odkrywałem na przełomie wieków, perfekcyjnie trafiały w moje gusta i - pomimo hermetyczności - świetnie mi się ich słuchało. Na pewno pomagały temu dwa czynniki: znakomite solówki duetu Glenn Tipton i K.K. Downing oraz niesamowity falset frontmana grupy, Roba Halfroda.

No i był jeszcze "Painkiller". Album absolutnie wyjątkowy, muzyczne arcydziedzło, nie tylko metalu. Było to jedno z najbardziej niesamowitych dokonań dźwiękowych XX wieku. Od premiery "Painkillera" minęły długie lata, a wręcz dekady. Człon gitarowego duo, K.K. Downing, odszedł z grupy (zastąpił go młodszy Richie Faulkner), a Halford stracił swoją unikalną skalę.

Czasu pokonać się nie da, ale panowie z Judas Priest mężnie się mu opierają.

Choć zespół nie jest już może tak perfekcyjnie naoliwioną metalową machiną, to zaskakuje tym, ile w nich ognia zostało. Doskonale pokazuje to otwierający ich najnowszą płytę kawałek tytułowy, czyli Firepower.

Słychać w nim echa starych dobrych Judasów z czasów "Defenders of the Faith" czy "British Steel". Mocne riffy, znakomita praca perkusji, udane solówki. Klasyczny Priest, który uwielbiają ich najwierniejsi fani.

Później tempo niestety trochę zwalnia. Następne kawałki, czyli Lightning Strike, Evil Never Dies, Never the Heroes prezentują się o wiele mniej ciekawie – oparte na nijakich riffach, jednostajnych rytmach i monotnonnym śpiewie Halforda. Przypominają trochę jego solowy industrialno-rockowy projekt z lat 90., czyli Fight. Niestety wypadają raczej jako nieudane zapchajdziury.

Necromancer przywraca album "Firepower" na dobre tory – już na samo otwarcie wita nas znakomity riff, potem dochodzi przejmujący wokal Halforda  i świetnie rozpisana rytmika. Kawałek ten spokojnie mógłby znaleźć się na "Painkillerze".

Jedziemy dalej, bo Judasi ewidentnie rozkręcili się w okolicach połowy krążka. Children of the Sun wchodzi nieco w rejony Black Sabbath. Guardians to piękny i pompatyczny wstęp do chyba najlepszego na płycie Rising From Ruins, ze wspaniałą, podniosłą solówką w drugiej części.

Na "Firepower" Judas Priest praktycznie nie dają słuchaczowi wytchnienia, każdy kolejny utwór to mocne dociskanie gazu. Dopiero w ostatnim utworze, Sea of Red, możemy odsapnąć przy kojących dźwiękach akustycznej ballady.

Jednak z tą drugą częścią krążka mam o tyle problem, że wydaje mi się, iż traci już swoją wyrazistość. Klepane na jedno kopyto utwory słucha się fajnie, ale ile można? Tym bardziej, że Judasi nie musieli upychać aż 14 niezbyt różniących się od siebie kawałków. "Firepower" to raczej płyta, której przysłużyłby się umiar, jeśli chodzi o jej czas trwania. Akurat Judas Priest nie mogą narzekać na brak materiałów do grania na koncertach.

"Firepower" to płyta jedynie niezła.

Judasi mieli o wiele lepsze dokonania w swojej dyskografii. Brakuje tu ciekawych pomysłów, na dłuższą metę większość kawałków zlewa się w jedną całość i niełatwo zapamiętać z niej więcej niż dwa, trzy numery. Panowie grają zachowawczo, nie wychylają się zbytnio. Utwory zaczynają się tak samo, zwrotka, refren, w środku dostajemy niedługie solówki, a potem kolejny refren i koniec. Riffy solidne, raz lepsze, raz przeciętne, solówki poprawne, ale żadnej z nich nie zapamiętam dłużej. Głos Halforda to już kompletnie inna skala (nie ma mowy o żadnych górkach).

Ale z drugiej strony, nie ma na co narzekać. Przede wszystkim fani Judas Priest znajdą tu to, czego szukają, bo na szczęście grupa nie eksperymentuje i dostarcza brzmienie, jakie wszyscy znamy i lubimy.

To mocne i konkretne gitarowe granie, które znakomicie się słucha, a na koncertach wywoła istne szaleństwo i pamiątkę w postaci obolałego karku po machaniu czupryną. I o to chodzi. A fakt, że panowie są w stanie nadal solidnie wymiatać swoim brzmieniem, jest absolutnie godzien najwyższego uznania.