Muzyka  / Recenzja

Wakanda żyje! Black Panther: The Album – recenzja

Picture of the author

Premiera filmu "Czarna Pantera" to coś więcej niż tylko chwilowe wydarzenie w popkulturze. Niech dowodem na to będzie fakt, że na potrzeby najnowszej produkcji Marvela Kendrick Lamar wyprodukował album, który towarzyszy "Czarnej Panterze". 

Tradycja albumów/soundtracków (i nie chodzi mi wcale o tradycyjne składanki ze znanymi już hitami), które nagrywane są specjalnie na potrzeby danego filmu jest coraz rzadziej spotykana. W latach 60. i 70. muzycy - jazzowi, R&B czy też disco - nagrywali płyty z oryginalnym materiałem, które jednocześnie stanowiły tło filmów.

Mowa tu o produkcjach bardziej niszowych i tych, które stawały się wielkimi przebojami. Do najbardziej znanych należą choćby soundtrack z "Flashdance", "Gorączka sobotniej nocy" od Bee Gees oraz arcydzieło gatunku, czyli "Superfly" Curtisa Mayfielda nagrany na potrzeby filmu pod tym samym tytułem.

Nie wiem, czy "Black Panther: The Album" pod kuratelą Kendricka Lamara również zapisze się w historii, ale jedno jest pewne – to mistrzowska robota, w której nowoczesny hip-hop i R&B wspaniale przeplatają się z afrykańskimi brzmieniami.

Premiera "Czarnej Pantery" stanowi niejako punkt kulminacyjny wewnątrz afroamerykańskiej społeczności. W tym jednym wydarzeniu i filmie spotykają się dekady rasizmu, cała burzliwa historia czarnych mieszkańców Ameryki, ich zmagań z nierównością i dyskryminacją wraz z nawiązywaniem do korzeni ich kultury. Wszystko to będzie miało swoje ujście w filmie, który dla Afroamerykanów wielu pokoleń jest czymś więcej niż kolejnym rozrywkowym hiciorem.

Kendrick Lamar, sprawując pieczę nad przygotowaniem albumu "Black Panther", miał przed sobą nie lada wyzwanie, z którego wywiązał się perfekcyjnie.

I am T’Challa – wita się z nami Kendrick Lamar w psychodelicznym intro z przesterowanym fortepianem w tle. Do pracy nad płytą zaprosił liczne grono wykonawców, jednak to on jest głównym sterowniczym tego okrętu.

Chwilę później zaczyna się All the Stars z udziałem SZA, który właśnie staje się globalnym przebojem. To klasyczne R&B z kapitalnym beatem. fantastycznym refrenem, w którym czuć muzyczne mrugnięcia okiem do dźwięków afrykańskich, choć jeszcze w tym przypadku dość oszczędnie wplecionych w całość.

All the Stars towarzyszy genialny i olśniewający wizualnie teledysk. To jeden z najlepiej wyreżyserowanych klipów, jakie widziałem w ostatnich latach.

The Ways, w wykonaniu młodych i świetnych raperów - Khalida i Swae Lee - to kolejny kandydat na międzynarodowy przebój. Utrzymany w średnim tempie kawałek po prostu hipnotyzuje - jego relaksujący beat i jamajska melodyka to mistrzostwo świata.

Opps - w wykonaniu Vince Staplesa i Yurgena Blakroka - przybliża nas do afrykańskich rytmów plemiennych i fenomenalnie łączy je z współczesną klubową poetyką. Bębny przeplatają się tu z elektroniką, a całość przelatuje niczym burza, przed którą nie sposób się zatrzymać.

W podobnej stylistyce utrzymany jest fantastyczny Redemption, który powinien stać się oficjalnym hymnem Wakandy.

Do nagrania "Black Panther: The Album" Kendrick Lamar zaprosił spore grono muzyków. Co ważne, dał szansę zarówno wielkim gwiazdom z dorobkiem (The Weeknd, James Blake, Anderson Paak), jak i artystom początkującym.

Na pierwszy plan wychodzi Jorja Smith.  Młoda wokalistka z głosem, który po prostu elektryzuje.

Zapamiętajcie to nazwisko, bo sądzę, że będzie o niej głośno. Przypadł jej też do zaśpiewania jeden z najlepszych utworów na płycie, I Am, w którym nisko nastrojone gitary (których nie powstydziłby się Mastodon) kreują niezwykle gęstą i zmysłową atmosferę.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że Lamar nie pokusił się o dzieło bardziej odważne i eksperymentalne, ale nie oszukujmy się, to nie ten przypadek. W końcu dostał on zlecenie stworzenia soundtracku do komercyjnego megahitu Marvela. A z tego zadania wyszedł więcej niż zwycięsko, bo dostarczył płytę daleko wykraczającą poza standardowe oczekiwania.

Kendrickowi Lamarowi udała się nie lada sztuka. Stworzył dzieło, które nie tylko udanie wpisuje się w potrzeby twórców (i widzów) filmu, ale też dał światu po prostu fenomenalny album hip-hopowy i R&B, który spokojnie można słuchać w oderwaniu od "Czarnej Pantery".

Wiele wskazuje na to, że stanie się on przebojem bez względu na popularność filmu i absolutnie na to zasługuje. "Black Panther: The Album" to po prostu składanka mistrzowsko wyprodukowanych hitów. Nawet jeśli nie planujecie obejrzeć filmu (choć warto), to ów soundtrack jest pozycją absolutnie obowiązkową.

black panther the album
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst