1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Korona królów to doskonała metafora tego, czym stało się TVP

Korona królów to doskonała metafora tego, czym stało się TVP

Kiedy wybuchła informacja, że TVP będzie kręciło serial historyczny, to w zasadzie od samego początku, pomysł ten był obiektem kpin, szyderstwa, żartów i – nie mogło ich zabraknąć - memów.

Już pierwsze zdjęcia z planu wskazywały, że nie mamy co liczyć na ambitne i wysokobudżetowe widowisko. Od razu ruszyły porównania do Gry o tron i chyba działały one na zasadzie skojarzenia, bo tak naprawdę nic nie wskazywało, żeby obie serie miały ze sobą cokolwiek wspólnego.

Gra o tron jest symbolem wysokobudżetowych seriali.

I powiem przekornie, że ten śmiech z rodzimej produkcji musiał być podszyty nadzieją. Nadzieją, że kiedyś uda się zrealizować taki projekt, że dostaniemy wreszcie drogi, świetny serial historyczny. Nie da się przecież inaczej zinterpretować żartów z produkcji, o której wtedy było wiadomo tak niewiele. Fakt, że mogły być one spowodowane tym, że telewizja jest teraz w rękach Jacka Kurskiego - wyjątkowo upolitycznionego prezesa, że Wiadomości TVP są jednym z największych dostawców lolcontentu w kraju. A w końcu to, że w "telewizji z misją" walczy się o uwagę widza za pomocą koncertów disco-polo. I powiedzmy sobie szczerze, to nie jest to, czego oczekiwalibyśmy od TVP.

To wszystko nawet byłoby zabawne, gdyby nie fakt, że sprawa jest dość poważna.

Poważna dla wszystkich tych, którzy czekają na świetne rodzime produkcje. Bo skoro Jacek Kurski chwali się oglądalnością Korony królów, która przebiła już Klan, to niczym nie różni się od Edwarda Miszczaka, który z rozbrajającą szczerością przyznał, że na antenie TVN-u nie było miejsca dla Belfra, bo jeśli tam przegapiło się jeden odcinek, to nie dało się go dalej oglądać. Ale dyrektor programowy ogromnej komercyjnej stacji może twierdzić, że jakiś serial jest "za gęsty, dramatycznie umoczony w życiu" (za portalem WirtualneMedia). Jemu wypada to powiedzieć, bo jego celem jest ściąganie widzów przed telewizory za wszelką cenę. Inna sprawa, że nie ma chyba najlepszego zdania o swoich widzach.

Tej taryfy ulgowej nie można jednak dać kierownictwu TVP, które za wysokimi wynikami ukrywa beznadziejną realizację swojej produkcji.

Prawdą jest, że bardzo wiele rozbija się o pieniądze. Kurski przyznał, że jeden odcinek serialu Korona królów kosztuje 1/250 budżetu pojedynczego epizodu Gry o tron. Media spekulowały, że może to oznaczać około 200 tysięcy złotych. Przepaść jest widoczna gołym okiem. Jeśli jednak spojrzymy na to szerzej, to zobaczymy, iż nawet dysponując mniejszymi budżetami, można robić dzieła wybitne. Gdy BBC brało się za Peaky Blinders, to budżet wynosił 1 mln funtów. Nie jest to kwota bliska Koronie królów, ale w porównaniu do budżetów największych telewizyjnych graczy, wydaje się ona raczej skromna. A uzyskany efekt był i jest oszałamiający.

Tylko co z tego, skoro wpływy z abonamentu w 2016 roku wyniosły 365 mln i 872 z reklam. Ponadto Telewizja Polska otrzymała w zeszłym roku 800 mln złotych kredytu z Banku Gospodarstwa Krajowego. Te kwoty wydają się olbrzymie, ale w gruncie rzeczy wcale takie nie są. Roczne przychody BBC, do której lubimy się odnosić, jeśli mówimy o mediach publicznych, liczone są w miliardach funtów. Znaczna część przychodów brytyjskiej stacji pochodzi właśnie od obywateli.

Możemy się zżymać, obrażać i protestować, ale to właśnie pieniądze uniemożliwiają zrobienie polskiego Peaky Blinders. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że TVP nie obawia się wydać 450 tysięcy za Despacito na sylwestrowej imprezie i nawet 600 tys. za jeden odcinek ojca Mateusza (za Onet.pl). Dochodzi tu do sytuacji, w której z jednej strony ludzie nie chcą płacić abonamentu, a z drugiej TVP... nie ma ich czym przekonać, że jest warto zagłosować portfelem. Zwłaszcza ludzi młodych, liderów opinii i wszystkich tych, którzy zdecydowali się korzystać z serwisów streamingowych, bo te oferują świetne, oryginalne treści.

W gruncie rzeczy Korona królów jest najlepszą metaforą tego, czym stała się TVP.

Z jednej strony niedofinansowana, z drugiej bez pomysłu. Startuje z formatem spóźnionym o kilkanaście lat i jeszcze się chwali, że ludzie chcą to oglądać. Nie ma ambicji, aby wyznaczać trendy, proponować jakość wyższą niż konkurencja. Nikt by się nie obraził, nawet jeśli byłoby to kosztem spadku oglądalności.

Oczywiście możemy powiedzieć, że to wina tego, iż TVP jest upolityczniona. Jest i nie da się tego ukryć. Ale mimo tego udawało się w przeszłości robić rzeczy dobre. Przykładem może być serial Artyści, którym zainteresował się amerykański producent Intrigue Entertainment. Był to projekt Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, a więc uznanych twórców teatralnych. O samym serialu często zapominamy, bo nie przebił się on do świadomości społecznej. Co prawda będzie to jedynie adaptacja, ale Amerykanie dostrzegli potencjał w polskim produkcie, o którym - przyznaję - ja też często zapominam, choć przecież walczył o Orła w 2017 roku m. in. z Belfrem, który ostatecznie statuetkę zdobył.

Polskie produkcje są przecież realizowane przez wielkich światowych graczy. Watahę robi HBO, a Netflix zabiera się pierwszy polskojęzyczny serial. Zagraniczni dostawcy treści wideo są gotowi wyłożyć pieniądze na stół. Tu chyba nawet nie trzeba wielkiej odwagi, bo okazuje się, że serial kręcony w Bieszczadach może cieszyć się w Polsce większą popularnością niż Gra o tron.

To musi straszliwa klęska dla polskich mediów publicznych, które chcą promować polską kulturę, a nie są w stanie zrobić serialu, który zostanie przynajmniej zaakceptowany w Polsce. Nie rozmawiajmy nawet o sukcesie międzynarodowym, bo na taki bezsprzeczny będziemy musieli zaczekać.