1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Disney przepchnął w The Last Jedi masę herezji. Jednak nawet dla molocha była postać nie do ruszenia

Disney nie ma szacunku dla świętości w The Last Jedi, ale jedno im się udało

The Last Jedi obfituje w masę scen i wątków, które są niepotrzebne, wprowadzone na siłę lub stanowią herezję pośród zatwardziałych fanów Gwiezdnych wojen. Disney nie okazał wiele szacunku dla materiału źródłowego, ale nawet pracownicy medialnego giganta wiedzieli, gdzie nie mogą sobie pozwolić na eksperymenty.

The Last Jedi nie jest najgorszym filmem na licencji Gwiezdnych wojen, ale i tak mam mu sporo do zarzucenia. Pod względem zbędnych i idiotycznych scen, ta odsłona bije poprzednie na głowę. Ósmy epizod jest pierwszym, za sprawą którego zacząłem naprawdę poddawać w wątpliwość zwierzchnictwo Disneya. Wcześniej wydawało mi się, że pomimo mocno lewicowego zacięcia medialnej firmy, to właśnie ona jest w stanie zapewnić Gwiezdnych wojnom odpowiedni rozmach, widowiskowość, promocję i skalę.

Potem pojawiło się The Last Jedi, a ja zastanawiałem się, czy wszystko zmierza we właściwym kierunku. Współczesny Lucasfilm silnie nawiązuje do materiału źródłowego, jakim jest stara trylogia, ale ma wobec niego jedynie pozorny szacunek. Disney wykonuje puste gesty na pokaz, podczas gdy sedno nowego epizodu jest diametralnie odmienne od tego, za co fani Gwiezdnych wojen kochają tę serię. W The Last Jedi pojawiają się sceny, których po prostu nie mogę wybaczyć.

Weźmy wątek Rose i wydarzenia na Canto Bight.

Disney zaczyna przesadzać z poprawnością polityczną. Niebezpiecznie zaczyna to prowadzić do sytuacji, w której twórcy są zakładnikami widzów, zamiast panami widowiska. Cały wątek na Canto Bight można wyciąć z filmu, nie da się go umotywować niczym innym niż właśnie poprawnością rasową. Nie wnosi on absolutnie niczego wartościowego. Miał służyć metamorfozie Finna, ale ta została zarysowana nieudolnie i ślamazarnie. Rose mogła być ciekawym dodatkiem do Ruchu Oporu, ale producenci przedwcześnie postawili ją na świeczniku. Do tego wątek miłosny jej i Finna - nie, po prostu nie. To było tak sztuczne, tak nie ma miejscu, tak wymuszone, że aż wierciłem się nerwowo w fotelu.

No i ta profanacja Luke’a Skywalkera!

Sam Mark Hammil stwierdził, że rycerz (mistrz?) Jedi z ósmego epizodu to „nie jego Luke“. Trudno się temu dziwić. Gdyby rozpisać postać Skywalkera, jego największym atrybutem wydaje się niezłomność. To człowiek, którego nie można odwieść od obranego celu. Nie można go złamać. Nie udało się to ani Imperatorowi, ani Darth Vaderowi. Dumny, młody mężczyzna, który stoi nad pokonanym ojcem i sprzeciwia się woli Paplatine’a - to było coś. Prawdziwa żelazna wola. Determinacja. Wiara w ideały oraz własne wartości.

Luke w The Last Jedi nie ma żadnego z tych przymiotów. Starzec jest nie tylko złamany, ale wręcz działa na niekorzyść głównej bohaterki. Złorzeczy na Jedi. Odcina od Mocy, co wydaje się największą profanacją. Wszystko z powodu tego, że zawiódł Bena Solo, a do jego serca lata temu wkradła się niepewność oraz strach. Hammil słusznie mówił, że nie takiego Skywalkera odgrywał. Słusznie twierdził, że to nie jego Luke. Dokładnie tak samo ma prawo myśleć każdy fan Gwiezdnych wojen, który starą trylogię pamięta w zasadzie na pamięć.

Na szczęście nawet dla Disneya są świętości, których medialny gigant nie rusza.

W ósmym epizodzie Gwiezdnych wojen za taką świętość uznawany jest Yoda. Mały, pomarszczony mistrz Jedi pojawiał się w każdej trylogii. Ta Disneya nie jest żadnym wyjątkiem. Jego obecność na ekranie to jedno z najprzyjemniejszych zaskoczeń, jakich doświadczyłem podczas seansu. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Wystarczyło kilka zdań zielonego skrzata, aby zdać sobie sprawę, jak charakterystyczna, dobrze rozpisana i barwna jest to postać na tle nowej obsady.

Disney wiedział, że sięgając po Yodę wystawia się na próbę w oczach najstarszych, najbardziej wymagających fanów Gwiezdnych wojen. Świetnie pokazuje to wypowiedź Neala Scanlona odpowiedzialnego za bestariusz świata Star Wars:

Pamiętam, że rozmawiając z Ryanem (reżyserem -red.) mówiłem: jeśli mamy to zrobić, Yoda nie może wyglądać zbyt eterycznie. Zbyt duchowa forma zasłoni fakt, że Yoda jest prawdziwy i namacalny. Odbierze ludziom masę frajdy. Wiedzieliśmy, że Frank Oz musi powtórzyć swoją rolę z Imperium Kontratakuje. Czuliśmy, że to jedyne rozwiązanie - stworzyć kukłę możliwie najbliższą i najbardziej podobną do oryginału.

Yodę stworzyliśmy dokładnie tak, jak robiło się kukły w okresie Imperium Kontratakuje. Była nawet obsługiwana w podobny sposób. Frank Oz znajdował się pod planem zdjęciowym, razem ze swoimi asystentami. Każdy ze specjalistów odpowiadał za coś innego - oczy, uszy, rękę, nogę i tak dalej.

Efekt końcowy przeszedł moje oczekiwania.

Siedząc w kinie myślałem początkowo, że Yoda to komputerowy efekt. Jednak po kilku chwilach dostrzegłem, że twórcy naprawdę sięgnęli po kukłę, tak jak za czasów Imperium Kontratakuje. To była świetna decyzja. Pojawienie się mistrza Jedi jest w moim prywatnym rankingu jednym z najlepszych elementów całego filmu. Takim, w którym naprawdę czuć ducha prawdziwych Gwiezdnych wojen. Nie wiem, na ile to zasługa kukły, na ile charakteru Yody, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że w tym jednym momencie Disney stanął na wysokości zadania.