1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Muzyczne rozczarowania, czyli czego nie słuchaliśmy w 2017 roku

Muzyczny rok 2017 powoli ma się ku końcowi. Wiem, że do niektórych albumów będę wracał z chęcią i rozrzewnieniem. Jest jednak kilka pozycji, które już chyba zawsze będą powodować grymas na mojej twarzy.

Muzyczne rozczarowania, czyli czego (nie) słuchaliśmy w 2017 roku

Jasne, że gust gustowi nierówny, a wybrane przeze mnie albumów zapewne znajdą swoich zwolenników. Jednak przed premierami tych płyt nasze usta krzywiły się w szerokich, pełnych nadziei uśmiechach. Część z nich mocno przygasła, a część spełzła całkowicie.

Weezer – Pacific Daydream

Wydawać się mogło, że w 2010 roku Kalifornijczycy zrozumieli, jak powinno się nagrywać dobre albumy. Wcześniej było w kratkę, ale od tego czasu ukazały się trzy porządne krążki grupy i mieliśmy prawo oczekiwać, że taki stan rzeczy się utrzyma. Być może Weezer utknął w jakimś momencie tworzenia materiału i w żaden sposób nie mógł ominąć przeszkody. Ale cofanie się nie było dobrym pomysłem.

John Mayer – The Search for Everything

Najsłabsza dotychczasowa płyta Amerykanina, a przynajmniej równie zła, co Battle Studies z 2009 roku. Po wydaniu Born and Raised oraz Paradise Valley John postanowił zrobić sobie dłuższą przerwę. Najwyraźniej za długą, bo na najnowszym krążku znajdują się może trzy piosenki, które nie powodują nieprzyjemnych dreszczy. Reszta jest toporna, zbyt zwrócona w stronę taniego, ckliwego popu i zwyczajnie nudna. Może zamiast tytułowych poszukiwań wszystkiego, wystarczyło poszukać ciekawego brzmienia?

Prophets of Rage – Prophets of Rage

W zeszłym roku supergrupa pobudziła nastroje najpierw samym powstaniem, a potem pierwszym EP. Oto instrumentaliści znani z Rage Against the Machine połączyli siły z DJ Lordem i Chuckiem D z Public Enemy i B-Realem z Cypress Hill. W dodatku produkcję wydawnictwa powierzono Brendanowi O’Brienowi, który był odpowiedzialny m.in. za nagrania RATM-u czy Audioslave. Jeśli ktoś spodziewał się powrotu surowej siły, znanej z utworów tych grup, to mocno się przeliczył. Tegoroczny, eponimicznie zatytułowany album sprowadził na ziemię wszystkich marzących o dobrym rap rocku.

Imagine Dragons – Evolve

Zarówno Thunder, jak i Believer słyszało się dosłownie wszędzie. Niestety, zespół z Las Vegas kolejny raz popełnił ten sam błąd. Znowu włożył wszystko, co miał najlepszego, w utwory promujące, które znowu są esencją całości, której nie trzeba już słuchać. O ile w przypadku Smoke + Mirrors coś tam im jeszcze zostało na resztę kawałków, tak wydany w czerwcu krążek nie może dać satysfakcji przeciętnemu odbiorcy. Zresztą takiemu, który zna poprzednie dokonania Imagine Dragons, też raczej nie.

Lupe Fiasco – Drogas Light

Pamiętam, gdy w stacjach radiowych gościł numer Superstar, co niestety było już bardzo dawno temu. Mówiło się wówczas, że Wasalu Jaco to geniusz, który odmieni oblicze hip-hopu. Czas minął, muzyka się zmieniła, ale Lupe miał w tym niewielki udział. Jego ostatnie dzieło – Tetsuo & Youth – okazało się jedną z najlepszych pozycji 2015 roku, ale poprzednie wydawnictwa były… różne. Drogas Light miał być nas utwierdzić w przekonaniu, że pan Fiasco wrócił na dobrą drogę. Może następnym razem?

Arcade Fire - Everything Now

Piąty album Kanadyjczyków, którzy wcześniej nie schodzili poniżej bardzo dobrego poziomu. To wydawnictwo także zaczęło się z wysokiego C, ale po Signs of Life następuje totalna sieczka. Gdyby nie nazwa na okładce, to całość można by wziąć za parodię albo wygłupy niezbyt umiejętnego tribute bandu. Wytworzył się więc pewien paradoks. Otóż poprzeczka dla następnej płyty nie wisi bardzo wysoko, natomiast nadzieje trudno będzie zaspokoić.

The Chainsmokers – Memories…Do Not Open

Jeszcze gorszy debiut niż Prophets of Rage. Faktem jest, że single Paris czy Something Just Like This zrobiły furorę na listach przebojów, a duet electropop był jednym z najchętniej słuchanych wykonawców na Spotify. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że drugi utwór w dużej mierze swój sukces zawdzięcza udziałowi Coldplay. Niestety, zespół nie wystąpił w pozostałych jedenastu kawałkach. A te na dobrą sprawę są powielaniem Closer, z kilkoma tylko zmianami tempa czy natężenia. Co spodobało się raz, spodoba się znowu? Nie tym razem.