1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Gra o tron stała się zaskakująco... niezaskakująca. Recenzja finału 7. sezonu

Gra o tron 7 sezon finał recenzja

Gra o tron wcale się jeszcze nie skończyła, chociaż HBO wyeliminowało z niej kolejnych zawodników. Finał 7. sezonu wgniótł w fotel, ale po seansie obawiam się, że zakończenie tej historii nie da widzom satysfakcji.

Uwaga: W tekście są spoilery z finału 7. serii Gry o tron.

Hit od HBO zbliża się do nieuchronnego końca, a dzisiejszy odcinek znowu pozostawił nas z uczuciem niedosytu. Chociaż wyemitowano właśnie najdłuższy epizod w historii serialu, to był on mniej zaskakujący, niż wiele poprzednich. Twórcy zdradzili nam zbyt dużo, zbyt wcześnie i nie pozostawili nas z uczuciem, że widzieliśmy właśnie coś przełomowego.

Gra o tron już nie budzi takich emocji, a kolejne sceny były tylko metodycznym potwierdzaniem tego, co fani wydedukowali miesiące, jeśli nie lata temu.

Pierwsze sezony serialu opartego o prozę George'a R.R. Martina wciągały jak bagno. Niewiele jest współczesnych telewizyjnych produkcji, w których pierwszoplanowi bohaterowie padają jak muchy. Teraz jednak postaci zostało już na tyle mało, że HBO nie może pozwolić sobie na powtórkę egzekucji Neda Starka, kolejne Krwawe Gody czy wysadzenie Septu Baelora.

Finałowy odcinek trwał 80 minut i składał się przede wszystkim z dialogów. Szkoda tylko, że były one przewidywalne i zabrakło w nich pazura. Cały misterny plan Tyriona spalił na panewce, a sceny mające zainteresować widza były tak naprawdę tylko podsumowaniem tego, co już dobrze wiemy. Na ostateczne starcie żywych z umarłymi szykowaliśmy się w końcu przez ostatnie 7 lat.

Tytułowa rozgrywka o panowanie nad Westeros skończy się już za 6 odcinków, chociaż mam wrażenie, że dopiero się rozpoczęła.

Od pierwszego odcinka wiedzieliśmy, że ludzkość będzie musiała odeprzeć atak nieumarłych. Napięcie budowane przez 60 godzin znajdzie swoje ujście w zaledwie 6 odcinkach, na które poczekamy jeszcze co najmniej rok. Nie powiem - scena zniszczenia Muru broniącego świat ludzi przed Białymi Wędrowcami i Nocnym Królem od tysiącleci robiła wrażenie, ale... tego się spodziewaliśmy.

Tak samo spodziewaliśmy się innych wydarzeń i przez to chociażby spotkanie po latach Brana i Sama nie robiło wrażenia. Ostatni męski potomek Neda Starka i najwierniejszy przyjaciel Jona wymieniają informacje, ale problem w tym, że wnioski, do jakich dochodzą (swoją drogą sentencja you know nothing nigdy nie było tak trafna, jak teraz) widzowie wyciągnęli już dawno temu.

R+L=J i J+D=<3

Miło, że poznaliśmy wreszcie prawdziwe imię przybranego syna Neda, ale Bran ma rację: Jon musi się wreszcie dowiedzieć, kim byli jego prawdziwi rodzice. To nie Daenerys, a Aegon Targarynen jest prawowitym dziedzicem Żelaznego Tronu. Nie jest bękartem, jak myślał o sobie całe życie, a synem księcia z prawego łoża. HBO oczywiście każe nam na to dalej czekać.

O prawdziwym pochodzeniu Jona dowiedzieć się musi nie tylko on sam, ale również Daenerys i ciekaw jestem, jak zareaguje na te informacje - tym bardziej, że w finale bohaterowie wreszcie poszli ze sobą do łóżka. Nie wypadło to specjalnie naturalnie, ale ta znajomość nie mogła skończyć się inaczej - w 7. sezonie przypominano nam o tym na każdym kroku. Mało subtelnie.

Zostawmy jednak w spokoju sceny łóżkowe i genealogię. Wróćmy do wyczekiwanego spotkania pozostałych przy życiu graczy z początku odcinka.

Bohaterom udało się schwytać nieumarłego i przywlec go przed oblicze Cersei. Tyrion miał płonną nadzieję, że jego siostra wreszcie przejrzy na oczy. Oczywiście nic z tego. W przeciwieństwie do Jona, który pomiędzy ostatnimi odcinkami klęknął przed Dany, władczyni Królewskiej Przystani nie ma oporów, by dalej kłamać i spiskować.

Zwroty akcji podczas tego spotkania nie były specjalnie wyszukane. Najpierw Jon rozzłościł Cersei, która zerwała rozmowy, nie dostając od niego deklaracji, której oczekiwała. Później byliśmy świadkami jej spotkania ze służącym Dany bratem, po którym nagle zmieniła swoje podejście o 180 stopni. Oznajmiła, że wojska Lannisterów pomogą w walce z Nocnym Królem.

Następująca po tym scena to był jedyny moment, w którym podczas seansu mocniej zabiło mi serce.

Cersei nie byłaby też sobą, gdyby nie złamała danego przez siebie słowa. Jaime co prawda naiwnie uwierzył w to, że jego siostra i w jednym kochanka przejrzała na oczy tak jak on. Zaczął szykować wojska do wymarszu, ale w burzliwej wymianie zdań królowa oznajmiła mu, że do tego nie dojdzie. Jaime się jej postawił i niemal przypłacił to życiem.

Przez ułamek sekundy naprawdę myślałem, że zaraz pożegnamy tę postać. Jaime zagrał va banque i tylko cudem uniknął śmierci z rąk Góry. Jak tylko odszedł, by wbrew woli siostry dołączyć do ludzi maszerujących na wojnę z nieumarłymi, odetchnąłem z ulgą. To jeden z niewielu bohaterów, któremu pomimo wszystkich jego przywar kibicuję.

Jaime jeszcze będzie miał szansę na to, by spełnić przepowiednię Maggy i udusić siostrę.

Przepowiednie w Westeros to rzecz święta. Problemy rodzi oczywiście ich interpretacja, ale nie mam już wątpliwości: Jaime będzie przyczyną ostatecznego upadku Cersei. Rodzeństwo Lannisterów nie ma prawa żyć długo i szczęśliwie. Czeka je tragiczny koniec. Ich nienarodzone jeszcze dziecko nie przyjdzie na świat i nie zostanie kolejnym władcą Siedmiu Królestw.

Jaime oczywiście tego nie wie i podjął szalenie trudną decyzję. Na przestrzeni lat obserwowaliśmy zachodzącą w nim przemianę i chociaż nigdy nie odkupi swoich win w pełni - pamiętajmy, że to on by ukryć swój kazirodczy romans był gotów zabić Brana, zrzucając go z okna i popełnił mnóstwo innych straszliwych czynów - jest na drodze do odkupienia.

Gra o tron - Żelazny Tron - Król i królowa Westeros

Takiej szansy jak Jaime nie dostał Littlefinger.

Podczas gdy Król Północy oraz Matka Smoków wraz z sojusznikami spotykali się z Lannisterami na południu, w Winterfell toczyła się inna rozgrywka. Przyznam, że przez chwilę obawiałem się, że Sansa mimo wszystko wpadła w sidła zastawione przez Petyra Baelisha, który próbował skłócić córki Neda i Catelyn tak samo, jak w przeszłości nastawił przeciwko sobie ich matkę i ciotkę.

Dziewczyny przejrzały Littlefingera i doprowadziły do jego upadku. Najpierw wodziły go za nos, ale gdy przyszło co do czego, wypomniały mu wszystkie winy, a na sam koniec Arya poderżnęła mu gardło. Największy manipulant Westeros zginął na kolanach, błagając płaczliwym głosem o litość. Szkoda tylko, że to był wyłącznie tani chwyt scenarzystów.

Szopka, jaka odegrała się w Winterfell, była przeznaczona tylko dla nas i nie miała sensu z punktu widzenia bohaterów.

Arya i Sansa nie miały żadnego sensownego powodu, by bawić się z Littlefingerem w kotka i myszkę. Skoro były przekonane o jego winie, to mogły osądzić go w każdym momencie. Petyr był w końcu cały czas pod ręką i nie musiały zwabiać go w pułapkę. Trudno w tym momencie docenić przebiegłość sióstr, a cała intryga jeśli się jej przyjrzeć rozpada się jak domek z kart.

To samo można powiedzieć o planie Tyriona, który chciał usiąść do rozmów z Cersei. Wyprawa na północ by schwytać nieumarłego przyniosła więcej szkody niż pożytku. Jedynymi jej beneficjentami są Cersei, dla której Euron sprowadza potajemnie najemników oraz Nocny Król, który wreszcie zdobył środki, by sforsować mur.

Gra o tron wpadła we własne sidła.

Mam wrażenie, że napięcie budowano o sezon za długo. Już rok temu nieco nużyło mnie rozstawianie pionków na szachownicy, a w tym roku dostaliśmy tak naprawdę powtórkę z rozrywki. Finał w żadnej mierze nas nie zaskoczył, a wydarzenia, które mogły za sobą nieść ładunek emocjonalny, nie robiły wrażenia, bo dokładnie takiego rozwoju akcji można się było spodziewać.

Nie mam problemu z tym, że finałowy odcinek był przegadany. Często wolę szermierkę słowem niż ogromne bitwy i efekty specjalne. Rzecz jednak w tym, że oprócz zniszczenia Muru, bezowocnej narady w Smoczej Jamie, egzekucji Littlefingera i ostatecznego potwierdzenia pochodzenia Jona Snowa, finał nic konkretnego nam nie przyniósł.

Oczywiście ostatni odcinek Gry o tron w tym roku nie był de facto zły.

Pod względem realizacji trudno się do czegokolwiek przyczepić, a interakcje pomiędzy bohaterami wywoływały uśmiech na twarzy. Widzieliśmy konfrontację Jona i Theona i spotkanie po latach Bronna z Tyrionem oraz Ogara z Brienne. To jednak za mało biorąc pod uwagę oczekiwania.

Nie wyobrażam sobie, by ostatnie 6 odcinków 8. serii w pełni wynagrodziło nam 7 lat czekania na to, by wreszcie zaczęło się coś dziać. Obawiam się, że wojna z Białymi Wędrowcami skończy się zanim się na dobre zacznie, a gdy zwycięzca tytułowej gry zasiądzie już na Żelaznym Tronie, to tylko wzruszymy ramionami.

HBO nie powinno jednak się obawiać i nie będę kłamał - pomimo rozczarowań i tak będę dalej śledził losy mieszkańców Westeros za rok z wypiekami na twarzy...