1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

To będzie próba wiary dla fanów Stone Sour. Hydrograd – recenzja Spider’s Web

Stone Sour Hydrograd

Nie da się utrzymać tego samego brzmienia i klimatu po tym, jak się wymieni 40 proc. zespołu na nowych członków. Hydrograd pokazuje nową twarz Stone Sour. Nadal agresywną, choć mniej zbuntowaną.

Stone Sour to zespół znajdujący się dla siebie w bardzo niebezpiecznym miejscu. Są na tyle agresywni, a ich kompozycje na tyle złożone, by zatwardziali metalowcy uciekający panicznie przed fryzjerem, nie wstydzili się przyznawać do słuchania tej kapeli. Z drugiej jednak strony Stone Sour ma na swoim koncie kilka lekkich, przebojowych i melodyjnych piosenek, które bez problemu mogłyby polecieć w komercyjnej rozgłośni radiowej.

To bardzo cienka granica, łatwo w niej zboczyć z kursu i zbłądzić w kierunku nickelbackowych, komercyjnych hitów lub kierunku niesłuchalnej agresji, tracąc fanów, ceniących sobie Stone Sour za to, że większość utworów da się jednak zanucić przy goleniu.

Hydrograd na szczęście zachowuje ten idealny kompromis, choć jest prawdopodobnie najostrzejszą płytą w historii zespołu. Jednak nie z uwagi na kompozycje, a sam dźwięk. Album brzmi bardzo… garażowo, i gdyby nie przestrzeń dźwiękowa osiągnięta zapewne podczas drobiazgowego masteringu, można by wręcz podejrzewać, że był nagrywany na setkę.

Być może wynika to z faktu, że Stone Sour… zmienił skład. Jak to wpłynęło na same kompozycje?

Jim Root nie jest już częścią Stone Sour. Został zwolniony przez Coreya Taylora, by ten skupił swoją uwagę na innym zespole, w którym gra właśnie razem z Taylorem (a więc na Slipknocie). Na jego miejscu pojawił się Christian Martucci. Stone Sour ma też nowego basistę. Efekt? Jako fan, miałem wysokie oczekiwania. Na szczęście Hydrograd je spełnił. Choć wymagał pewnego osłuchania się z nim.

Hydrograd nie tylko brzmi „brudno”, ale również jest i ciężki pod względem samej treści. Kompozycje i teksty są prawdopodobnie sumarycznie najmroczniejsze ze wszystkich dokonań zespołu. Piosenki takie, jak Fabuless, The Witness Trees i Mercy są tego najlepszym przykładem.

Nie brakuje jednak utworów, które są dużo lżejsze dla ucha. Patrz przebojowy Song #3, który już teraz jest radiowym hitem. Niektórzy mogą się wzdrygnąć („komercja!”), czego nigdy nie rozumiałem – co jest złego w przebojowej melodii, na którą nałożona jest hard-rockowa energia? Bardzo mi też przypadł do gustu powolny, grunge’owy Friday Knights, metalowy Whiplash Pants czy bardzo nietypowy St. Marie.

Proste brzmienie spina w całość różnorodność kompozycji.

Utwory na Hydrograd są bardzo od siebie odmienne. Na tyle, że Hydrograd nagrany nieco inaczej brzmiałby raczej jak składanka różnych utworów niż jak jedno wydawnictwo. Spójność zapewnia jednak wspomniane wyżej brzmienie. Każdy z utworów brzmi, jakby został nagrany podczas próby.

Świetnym sprzętem, rzecz jasna, nie mówimy tu o jakości nagrań. Zabieg „garażowości” jest tu wyraźnie zamierzony przez producenta, dzięki czemu całość zyskuje na autentyczności. Całość nie przypadnie wszystkim do gustu, zmiany personalne w zespole są dość wyraźne, a co za tym idzie, podejście do pisania riffów również się zmieniło.

Hydrograd to jednak bardzo udane wydawnictwo. W mojej ocenie nie najlepsze w historii zespołu, tu nadal podwójny album House of Gold & Bones wydaje mi się być opus magnum dla Stone Sour. Hydrograd brzmi raczej jak próba pozbierania się zespołu po zmianach i manifest o treści „żyjemy, jako zespół mamy się dobrze, mamy wiele złości i frustracji do przekucia w muzykę”. No i przekazali. Wiarygodnie. Hydrograd leci u mnie w kółko od dwóch dni. I na pewno jeszcze będzie wielokrotnie przesłuchany.