1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Anathema wydała nową płytę. Krążek "The Optimist" jest nużący i niespójny

Anathema wydała nową płytę. Krążek "The Optimist" jest nużący i chaotyczny

Anathema to zespół, który przeszedł w toku kariery gruntowną rewolucję muzyczną i wizerunkową. Płyta “The Optimist”, która ukazała się 9 czerwca, ostatecznie ugruntowuje ostatnie dokonania grupy. Niestety nie jest to album poruszający czy zachwycający.

Z Anathemą zetknąłem się po raz pierwszy w 1995 r. Pojawiła się wówczas płyta “The Silent Enigma”. W następnym roku zobaczyłem Anglików na żywo podczas koncertu z My Dying Bride w Lublinie i zakochałem się w ich muzyce. Do dziś Anathema należy do moich ulubionych zespołów i króluje w prywatnym zestawieniu na Last.fm.

Jeżeli nie znacie Anathemy i dziś posłuchalibyście pierwszego długogrającego krążka “Serenades”, wydanego w 1993 r. i porównali go z “Alternative 4”, “A Natural Disaster” czy “Weather Systems”, zastanawialibyście się prawdopodobnie czy słuchacie tego samego zespołu.

Anathema to grupa, której ewolucja jest tak dynamiczna, że już kilkakrotnie mieliśmy do czynienia ze stylistyczną rewolucją. Gdy podzielimy twórczość zespołu na etapy, zobaczymy bardzo interesującą drogę rozwoju. Od początków do “The Silent Enigmy” mamy do czynienia z najbardziej mrocznym i metalowym obliczem zespołu. Zwrot następuje na krążku “Eternity”, a jego potwierdzeniem są doskonałe rockowe wydawnictwa “Alternative 4” i “Judgement”. Na początku XXI wieku ukazuje się płyta “A Fine Day to Exit”, która rozpoczyna kolejny rozdział. Jego kwintesencją jest wydawnictwo “A Natural Disaster”. Ostatni etap to muzyka z płyt “We're Here Because We're Here”, “Weather Systems” i “Distant Satellites”. Druga w kolejności jest klejnotem w koronie Anathemy, chyba najdoskonalszym i najwybitniejszym dziełem.

9 czerwca ukazał się najnowszy album wydany nakładem wytwórni Kscope. Otrzymał on tytuł “The Optimist” i ma być nawiązaniem do “A Fine Day to Exit”. Pomysł, jeśli można tak rzec, fabularny był dość prosty, ale i nietuzinkowy. Na okładce wydanej blisko 16 lat wcześniej płyty widzieliśmy samochód stojący na plaży i ślady sugerujące samobójstwo jego kierowcy. Członkowie grupy zaczęli zastanawiać się, “co stało się z gościem, który zniknął”. Idąc tym tropem powstało jedenaście utworów. Album rozpoczyna intro pod tytułem "32.63N 117.14W". To koordynaty wspomnianej plaży w San Diego.

“The Optimist” miał być dziełem mrocznym i wymagającym od słuchacza. Rzeczywiście tak jest. Płyta nie jest łatwa, nie wpada w ucho, wymusza zaangażowanie, ale bywa też niestety nużąca i chaotyczna.

To paradoks, bo z jednej strony słyszeliśmy deklaracje braci Cavanagh o tym, że powstał koncepcyjny album podejmujący trudne tematy, między innymi choroby psychicznej. Z drugiej nie opuszcza nas wrażenie muzycznej niespójności. Gdy skupimy się na dźwiękach, w głowie kołacze się proste pytanie: o czym jest ta płyta?

Takie odczucia dziwią. Bo przecież już po pierwszym odsłuchaniu krążka łatwo rozpoznamy charakterystyczny styl Anathemy. Utwór "Leaving it Behind" to dynamiczne rockowe granie bardzo typowe dla zespołu. Kolejne "Endless Ways" również wpisuje się w stylistykę wypracowaną na ostatnich kilku płytach. Podobnie jest w kolejnych utworach. Singlowy "Springfield" śmiało mogłyby się znaleźć na “Weather Systems” czy “Distant Satellites”.

W twórczości każdego artysty pojawia się moment przesilenia. Anglicy świetnie sobie z tym radzili, dokonując ciągłych zwrotów. Owocowało to albumami, do których wracam po latach, odkrywając ich świeżość. Tak jest z "A Dying Wish" z "The Silent Enigmy", "Fragile Dreams" z "Alternative 4", "Thin Air" z "We're Here Because We're Here” i przede wszystkim z dwoma odsłonami "Untouchable" z "Weather Systems". Wydane dokładnie 3 lata temu “Distant Satellites” nosiło już cechy rozkładu, ale nadal zachwycało w wielu momentach. "The Optimist" to już kliniczny objaw zużycia.

Na najnowszym krążku słychać kilka przejawów zmęczenia materiału. Jednym z nich są wokalizy Lee Douglas. Artystka ma piękny i zmysłowy głos, ale niestety cechuje ją irytująca powtarzalność. Słuchając partii wokalistki mamy poczucie déjà vu. Znak rozpoznawczy ostatnich dokonań zamienił się w ten sposób w piętno.

"The Optimist" to płyta poprawna z wieloma smaczkami. Brakuje jej jednak polotu. Nie porusza. Nie intryguje i, co najgorsze, nie zachwyca. Bardzo wiele mówi o tej płycie proste skojarzenie, że utwór "San Francisco" świetnie nadaje się na dzwonek w telefonie.

Zapewne nie poprzestanę na kilku odsłuchach. Spróbuję lepiej poznać ten album. Być może wybiorę też ulubiony utwór. Jedno jest jednak pewne. W przeciwieństwie do wybitnych płyt wymienionych już wyżej "The Optimist" znajdzie się bardzo nisko w moim prywatnym rankingu.