Muzyka  /  Recenzja

Mija 50 lat od premiery płyty "Are You Experienced" Jimiego Hendrixa

Picture of the author

Kiedy myślimy o muzyce rockowej i albumach, które ją ukształtowały to po prostu nie da się pominąć jednego z fundamentów, czyli "Are You Experienced" Jimiego Hendrixa. Z okazji 50-lecia tego albumu, postanowiłem przysłuchać się mu po raz kolejny.

To, jak daleki krok w muzyce wykonał Hendrix swoim debiutanckim (!) albumem przechodzi wszelkie pojęcie.

Pamiętajmy, że mamy rok 1967. Do pierwszego, legendarnego festiwalu w Woodstock pozostały dwa lata. Beatlesi i Rolling Stonesi dopiero powoli zaczynają szlifować swój warsztat dojrzałych muzyków i rockowych gigantów; Floydzi stawiali wówczas swoje pierwsze kroki na scenie, a Led Zeppelin właściwie jeszcze nie istnieli. I nagle z nicości ujawnia się Hendrix i zmienia oblicze muzyki oraz podejście do gitarowego grania.

Naprawdę trudno byłoby komukolwiek przekonać mnie, że nie jest to czołówka najbardziej wpływowych płyt wszech czasów. O jej wielkości świadczy choćby fakt, że właśnie mija pół wieku od momentu jej premiery, a zawarte na niej utwory wciąż robią kolosalne wrażenie i odznaczają się uniwersalną ponadczasowością.

Ogólnie uważam, że głupotą jest wysyłanie w kosmos płyt z muzyką z Ziemi, jak gdyby zakładając, że gdzieś tam w odległej galaktyce znajduje się cywilizacja zdolna pojąć czym jest muzyka i wyposażona w receptory, które w ogóle pozwoliłyby im ją usłyszeć. A nawet jeśli, to ciekawi mnie, czy spodobałaby im się akurat muzyka klasyczna. I choć oczywiście taki Mozart był geniuszem, to gdyby już ode mnie miała zależeć decyzja, to w przestrzeń kosmiczną posłałbym prędzej właśnie Are You Experienced Hendrixa. Dlaczego? Bo płyta ta zawiera w sobie takie bogactwo dźwięków i motywów, jakim można by obstawić co najmniej kilka albumów.

Oszczędzę sobie banałów mówiących o tym, że Hendrix to najlepszy gitarzysta wszech czasów, bo to wszyscy wiemy. Poza samą techniką posiadał on niebywały zmysł kompozycyjny, z którego i wspomniany wcześniej Mozart mógłby zaczerpnąć parę inspiracji.

Hendrix bawił się muzyką i gitarą w sposób godny wirtuoza, co przejawiało się genialnymi riffami łączącymi w sobie bluesa, rock’n rolla oraz jazz. A układał je w taki sposób, że brzmiały (i brzmią do dziś) nie tylko atrakcyjnie i nowocześnie, ale też potrafiły z łatwością dotrzeć do szerokiego odbiorcy.

Pierwsze dźwięki i przeszywający riff Purple Haze to już na samym starcie jeden z najlepszych motywów w historii rocka. A to dopiero początek płyty!

Na swój sposób, kolejny kawałek jest jeszcze ciekawszy. Manic Depression nie tylko zawiera jedną z najlepszych solówek w historii i odznacza się kapitalnym psychodelicznym klimatem, ale też utrzymany jest w nietypowym dla muzyki rockowej metrum ¾, przeważnie używanym w walcu. To nie tylko pokazuje niesamowitą wyobraźnię muzyczną Hendrixa, ale przede wszystkim ogromny talent i umiejętności kompozytorskie na miarę największych jazzmanów.

Hey Joe, chyba największy komercyjny przebój w karierze artysty, oparty jest już na tradycyjnym hard rockowym brzmieniu, z tymże tak na dobrą sprawę, to właśnie ten kawałek dał życie owej tradycji, jako że każde kolejne pokolenie muzyków rockowych zaczynało swoją przygodę z gitarą od nauki tego właśnie kawałka muzycznej historii.

Po mocnym rockowo-bluesowym uderzeniu, w połowie albumu Hendrix pokazał swoją bardziej liryczną stronę w jednej z moich ulubionych ballad – przepięknej May This Be Love z mocnymi wpływami soulu. Sekcja rytmiczna w tym kawałku jest po prostu niesłychana, w dodatku w połowie utwór zmienia drastycznie rytmikę, po czym karmi nas jedną z najwspanialszych solówek jakie kiedykolwiek usłyszymy. Arcydzieło wyprzedzające swoje czasy.

Podobnie jak niesamowity Foxey Lady, bez którego Led Zeppelin brzmieliby zupełnie inaczej.

Według niektórych teoretyków, ten utwór stanowi podwaliny pod heavy metal i z tym się bez problemu mogę zgodzić.

Niewielu znam muzyków, którzy tak lekko i naturalnie potrafili łączyć ze sobą przeróżne gatunki.

Po Hendrixie chyba tylko Prince osiągnął w tym równie wielkie mistrzostwo. Niestety obu tych panów nie ma już z nami. Pocieszać się jednak możemy tym, że zostawili po sobie potężne dziedzictwo. W przypadku Hendrixa słychać je praktycznie na każdej rockowej płycie, jaka trafi w nasze ręce. "Are You Experienced" to biblia rocka, gitarowe Shangri-La, muzyczna ziemia obiecana, czy co tam wam bardziej pasuje. Wszystko, co wiąże się z tym gatunkiem, w szerokim czy wąskim pojęciu, zrodziło się na tej płycie. A to dopiero początek, bo kolejny album Jimiego, czyli "Axis: Bold as Love" jest jeszcze lepszy!

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst