REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

"Underworld: Wojny krwi" jest lepsze niż "Zmierzch". Ale tylko nieznacznie

Odziana w lateks Selene powraca, aby ponownie znaleźć się w centum konfliktu między wampirami oraz wilkołakami. Zupełnie niepotrzebnie, bo o istnieniu filmu "Underworld: Wojny krwi" zapomnicie w chwilę po wyjściu z kinowej sali.

"Underworld: Wojny krwi" - lepsze od "Zmierzchu", ale niewiele. Recenzja
REKLAMA
REKLAMA

To będzie bardzo krótka recenzja, bo i nie ma co strzępić języka na tego potworka. Reżyserka pracująca dotychczas nad telewizyjnymi serialami została rzucona na głęboką wodę, realizując piątą część onegdaj dobrej serii o wampirach.

Do "Underworld: Wojny krwi" wciśnięto wszystko, co możliwe.

Wrzucono tu wampirów, wilkołaków, mieszańców, gotyckie konstrukcje, mroczne uliczki, stare krypty i jeszcze starszego Charlesa Dance’a. Próżne to jednak starania, ponieważ nowy "Underworld" to nudna, pozbawiona głębi wydmuszka, poruszająca się w obrębie doskonale znanych schematów.

Piękna, świetnie trzymająca formę "Selene" wciąż ucieka zarówno przed wampirami, jak i wilkołakami. Wojna między tymi rasami trwa w najlepsze, a każda ze stron chce wykorzystać wampirzycę do swoich celów. Po raz kolejny pojawia się wątek nieśmiertelności, do której dążą przywódcy wrogich frakcji. Selene ląduje w środku całego zamieszania, wbrew własnej woli.

underworld-wojny-krwi-4

To wszystko już było.

W "Underworld: Wojny krwi" nie ma ani jednego ciekawego wątku. Ten film nie wprowadza do serii niczego nowego. Absolutnie niczego. Ba, doszło nawet do tego, że reżyserka nagminnie posługuje się ujęciami z poprzednich odsłon, walcząc o narracyjną spójność. Więcej w tym tworze przeszłości niż przyszłości. "Wojny krwi" to marazm, marazm i jeszcze raz marazm. Miał być powiew świeżości, miało być nowe otwarcie, a tymczasem znowu trafiliśmy do stęchłej, wilgotnej krypty.

Każda scena, każde wydarzenie usilnie prowadzi do wielkiej konfrontacji. Przez cały film bohaterowie i bohaterki prężą muskuły, czekając na tę finałową walkę. Gdy do niej dochodzi, gdy ścierają się przedwieczne, potężne istoty, "Underworld: Wojny krwi" miejscami przypomina film akcji na Polsacie, niż hollywoodzką produkcję.

Nie chodzi o to, że projekt dostał zbyt mały budżet. Nie chodzi o to, że bohaterowie nie mają potencjału. Choreografia, pomysły na walki, fantazja połączona z efektownością - tego wszystkiego brakuje, bo ani przez moment nie czuć, że oglądamy film, na którym komukolwiek zależało. Od reżyserki, przez scenarzystów, na twórcach kostiumów kończąc - ma się wrażenie, że wszyscy fachowcy pracowali za karę.

underworld-wojny-krwi-2

Tam, gdzie brakuje pomysłu jak spiąć klamrą wątek, albo gdzie nie ma wizji na ciekawą walkę, twórcy beztrosko zalewają wszystko krwią. Tej jest naprawdę dużo, wylanej zupełnie niepotrzebnie i bez większego sensu. Producenci ewidentnie męczyli się tworząc to dziwadło, ja z kolei męczyłem się, nerwowo siedząc w kinie.

REKLAMA

Pomimo deficytu filmów o wampirach w starym stylu, "Underworld: Wojny krwi" nie jest warty waszych pieniędzy. Gwarantuję wam, że już za tydzień nikt nie będzie pamiętał o tym nijakim, przeciętnym kawałku taśmy.

Cztery worki krwi na dziesięć

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA