1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Krąg życia. "Kochane kłopoty: rok z życia" to słodko-gorzki powrót po latach

"Kochane kłopoty: rok z życia" to słodko-gorzki powrót po latach

"The circle of life" - mówi Lorelai w jednej ze scen serialu "Kochane kłopoty: rok z życia". Choć nie są to te cztery słowa, którymi Amy Sherman-Palladino chciała zakończyć "Gilmore Girls", ten cytat i tak wiele mówi o powrocie produkcji po dziewięciu latach. A to powrót słodko-gorzki, bo trudno stwierdzić ostatecznie, czy dobrze, że ponownie zobaczyliśmy Lorelai i Rory Gilmore oraz resztę bohaterów, czy też nie.

Przed oficjalną premierą nowych "Kochanych kłopotów", na które składają się cztery półtoragodzinne odcinki, miałam okazję zobaczyć dwa z nich i podzieliłam się swoimi wrażeniami po pierwszym, noszącym tytuł "Zima". Nie obyło się bez rozczarowań i poczucia, że choć twórcy bardzo chcieliby nadrobić te dziewięć lat nieobecności w jednym epizodzie, to nie może w pełni się udać. Trudno było mi przyzwyczaić się do starszych głównych bohaterek, momentami żarty - choć większość była zabawna i w dawnym klimacie - wydawały się wciśnięte trochę na siłę. Nieobecność Richarda Gilmore'a i Sookie w pierwszym epizodzie też mocno dała się we znaki.

Mimo że momentami naprawdę czułam, jakby nic się nie zmieniło, coś jednak zmianie uległo. Może to nastrój? A może to moje nastawienie?

Może - choć przecież bardzo chciałam się dowiedzieć, jak dalej potoczyły się losy panien Gilmore - powroty nie zawsze są dobre? I czasem nie ma sensu odgrzebywać tego, co już się ułożyło, co zostało zamknięte?

Takie pytania towarzyszyły mi przez wszystkie cztery odcinki nowych "Kochanych kłopotów".

Trzeba jednak przyznać, że w miarę oglądania kolenych epizodów jakoś cieplej robiło się na sercu. Lorelai jakby odżyła i znów byla dawną Lorelai, a i Rory - po krótkim kryzysie wywołanym nieodpowiednim związkiem (związkami?) - stała się dawną Rory, która ma cel i potrafi o siebie zawalczyć. Nie da się jednak nie zauważyć, że cztery epizody, nawet takie trwające półtragodziny, to za mało by pokazać wszystko w odpowiednim tempie. Nowe odcinki są dość chaotyczne, to pewne wyrwane sekwencje z życia. Te ważniejsze, te przełomowe. Ale, paradoksalnie, choć nadal nie wiem, czy powrót "Gilmore Girls" sam w sobie był dobry i potrzebny, nie wiem również, czy to mi wystarcza. Bo jeśli już wracać, to może na nieco innych zasadach?

gilmore-girls-2016

W pewnym sensie fani dostali to, czego oczekiwali - ci, którzy kibicowali Lorelai w znalezieniu życiowego partnera, będą zachwyceni. Ci, którzy chcieli dowiedzieć się, co dalej u trzech chłopaków Rory, Deana, Jessa i Logana, również dostaną swoje odpowiedzi. Jedna z nich zakończona będzie trzykropkiem, który być może doczeka się rozwinięcia. Nie będą natomiast pocieszeni fani, którzy chcieli ponownie zobaczyć Sookie. Jej pojawienie się, mimo że ważne dla fabuły, wydaje się zupełnie bezsensu i nietrafione. Twórcy nowej odsłony "Gilmore Girls" zabili tę postać bez uśmiercania jej.

A co z Rory? Trudno, w perspektywie wszystkich czterech odcinków, nie stwierdzić jednego - to Rory jest w tym powrocie najważniejsza.

To ona stanowi pewną klamrę. To ona ucieleśnia wrecz początkowy cytat - "the circle of life". A te słowa nabierają jeszcze większej mocy, kiedy poznajemy cztery wyrazy, którymi Amy Sherman-Palladino chciała zakończyć serial. I zakończyła, wywołując tym samym burzę w umysłach fanów. Nie zdradzę szczegółów, ale powiem jedno - zakończenie serialu "Kochane kłopoty: rok z życia" jest otwarte. Bardziej nie mogłoby być. Bardziej nie moglibyśmy chcieć kontynuacji, która - na ten moment - nie wiadomo, czy powstanie. Ale te cztery słowa aż się o to proszą.

Gilmore GirlsPatrząc na finałowe zdanie wypowiedziane przez Rory z jednej strony nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Nie usiedzę chyba spokojnie na miejscu, jeśli nie dowiem się, co dalej. Z nimi i z całą resztą. Z drugiej jednak strony zastanawiam się, czy na pewno chę wiedzieć. Czy "Gilmore Girls" powinno mieć swoją kontynuację? Czy nie wystarczy nam te siedem cudownych sezonów i czteroodcinkowy powrót. Bo - to najważniejsze pytanie - czy będzie udawało się twórcom utrzymać formę? Czy tak naprawdę poprzeczka nie będzie podnoszona coraz wyżej i ostatecznie tylko się rozczarujemy?

Trudno odpowiedzieć mi na pytanie, czy to dobrze, że Rory i Lorelai powróciły.

Nie zaprzeczę, że miło bawiłam się podczas oglądania nowych odcinków, że poczułam momentami to coś, coś ulotnego, co kojarzy się tylko z tym serialem. Ale nie mogę również nie powiedzieć jednego - dawne epizody "Gilmore Girls" były po prostu lepsze. Jestem pewna, że do nich wrócę jeszcze nie raz. Czy to samo spotka "Gilmore Girls: A Year In the Life"? Tego nie wiem.