1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Zagubiony w czasie. Bruno Mars "24K Magic", recenzja sPlay

Bruno Mars 24K Magic. Zagubiony w czasie - recenzja

Pomimo aż czterech lat od wydana poprzedniego albumu przez Bruno Marsa, "24K Magic" jest płytą zadziwiająco rozczarowującą. Artysta odrobił zadanie domowe z historii muzyki przełomu lat 80. i 90., ale nie przyłożył się do zadania w 100%. Trója z plusem. Siadaj.

Cztery lata to strasznie długo w branży muzycznej. Jak wiemy, trendy zmieniają się średnio co 5 lat. Bruno Mars może i ma pozycję "księcia popu", ale nawet on nie jest w stanie wygrać z biegiem czasu.

Na plus z pewnością zlicza się fakt, że Bruno odpuścił sobie cały ten wyścig, pozwolił sobie na luz wynikający z bycia liderem i zamiast tworzyć płytę przesiąkniętą nowoczesnością czy budującą nowe ścieżki, udał się w podróż do przeszłości.

bruno_mars_24k_magic_okladka

"24K Magic" to jakby muzyczne podsumowanie bądź marsowa interpretacja brzmienia przełomu lat 80. i 90.

Oczywiście, nie całego brzmienia, piosenkarz skupił się głównie na gatunkach mu najbliższych, czyli funku, R&B, soulu i popie.

Już promujący album singiel 24K Magic zwiastował, że owa płyta będzie głęboko zakorzeniona w przeszłości. Mars chciał ponoć niejako odtworzyć muzkę jaką pamięta z czasów swojego dorastania, także dla fanów jego nowy album stanowić może po trosze osobisty prezent, jako że pewnie młodsi słuchacze niekoniecznie zaznajomieni są z funkiem i R&B z lat 80. 24K Magic to idealny reprezentant tego co działo się w "czarnej" muzyce klubowej w Miami lat 80. Mocne syntezatory i linie basu, ciekawie tworzone dźwiękowe przestrzenie. Ewidentnie słychać w nim echa The S.O.S. Band czy The Isley Brothers.

Chunky, który zaczyna się od potężnie oldschoolowych syntezatorów, brzmi dokładnie tak, jakby był jakimś niepublikowanym wcześniej utworem New Edition.

Choć nie powiem, kupił mnie soczystą liną basu.

Perm z kolei to czysty James Brown. Ta sama energia, frazowanie,  aranże. Spokojnieszy Versace on the Floor, przynosi ewidentne skojarzenia z późnymi płytami Stevie Wondera (chwilami Bruno wręcz imituje jego styl śpiewu) zmieszanym z Boyz II Men.

Jeśli jesteście w miarę osłuchani z muzyką pop sprzed około 25 lat to na "24K Magic" ponadto znajdziecie masę odniesień (dość dosłownych i oczywistych)  do takich wykonawców jak R. Kelly, Michael Jackson czy Marvin Gaye. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać dalej. I tak, jeśli myślicie to co ja w tej chwili, to dochodzicie do właściwych wniosków.

Nowa płyta Bruno Marsa jest potwornie wtórna.

Niby cały czas na poprzednich albumach odnosił się do tradycji popu, funku i R&B, ale jakoś wcześniej udawało mu się to z większą finezją, pomysłem i energią, tym razem czuć trochę, jakby płyta ta została popełniona trochę na odczep się, bo po czterech latach milczenia wypadałoby nagrać coś nowego. Rozumiem koncept (nawet sama okładka płyty ewidetnie nawiązuje do stylistyki albumów R&B z lat 70.), ale szkoda, że zostało to wszystko wykonane po najmniejszej linii oporu.

Od strony produkcyjnej, muzycznej i wokalnej nie można "24K Magic" praktycznie nic zarzucić. Brzmi ona świetnie. Tyle, że dziś większość płyt brzmi świetnie.

Mam wrażenie, że muzyk nawet nie starał się zawalczyć o słuchacza, bo jest już tak pewny swej wielkości, że wie iż fani tak czy tak rzucą się na jego nowe kawałki.

Wybór 24K Magic na pierwszego singla był strzałem w dziesiątkę, bo to najlepszy kawałek na płycie, natomiast cała reszta brzmi już o wiele bardziej bezbarwnie, nie wyróżnia się niczym specjalnym i nie zostaje na długo w pamięci. Tym bardziej, że cały album trwa niewiele ponad 30 minut... Wydany prawie dwa lata temu singiel Uptown Funk nagrany z Markiem Ronsonem był o wiele ciekawszy i miał w sobie więcej energii niż cała nowa płyta Marsa.

Czy nowy album wytrzyma próbę czasu? Wątpię. Czy tego oczekiwałem po czterech latach od poprzedniej płyty? Zdecydowanie nie. Bruno nadal zostaje w czołówce największych gwiazd i showmanów współczesnego popu, natomiast z takim podejściem nawet nie ma co marzyć o zajęciu miejsca po Michaelu Jacksonie.