1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Stary duch w maszynie. Sting "57th & 9th", recenzja sPlay

Stary duch w maszynie. Sting "57th & 9th", recenzja płyty

Choć Sting zarzekał się, że zrywa z muzyką rockową, to jednak po raz kolejny okazuje się, że artystów nie warto trzymać za słowo. Aczkolwiek, szczerze, świat by się nie zawalił, gdyby płyta 57th & 9th w ogóle nie powstała.

Nie jest to może od razu zła płyta. Zagorzali fani Stinga i The Police i tak ją łykną, ciesząc się z samego faktu, że ich idol wydał na światło dzienne nowe kawałki. Nawet jeśli są one niezbyt porywające i wtórne w najlepszym wypadku. Sam nigdy wielkim fanem Stinga nie byłem, ale cenię go i lubię niektóre jego kompozycje, szczególnie te z pierwszych płyt solowych. No i jego miejscu w panteone światowej popkultury zaprzeczyć się oczywiście nie da.

Jeśli ktoś chciałby sięgnąć po "57th & 9th" w celu zapoznania się z muzyką Stinga po raz pierwszy, to od razu odradzam. Zdecydowanie polecam sięgnąć w tym celu po płyty The Police albo jego trzy pierwsze solowe krążki z przełomu lat 80. i 90.

sting_57th_9th_okladka

Na "57th & 9th" Sting nie dość, że nie prezentuje nic lepszego niż wtedy, to jeszcze ewidentnie się powtarza i odgrzewa stare kotlety.

W większości też czuć, że nawet nie starał się zbytnio stworzyć czegoś ponadprzeciętnego. Nie ma w tym nic złego, w końcu kto mu broni? Muzyk z takim dorobkiem nie musi nic nikomu udowadniać i jeśli miał taki kaprys, by na „stare lata” nagrać ponownie pop-rockową płytę na totalnym luzie, to nic mi do tego. Natomiast stwierdzam, że nie jest to płyta godna szczególnej uwagi potencjalnego słuchacza, niestety...

Otwierający ją Can’t Stop Thinking About You to wyraźny ukłon w stronę fanów The Police.

Żywy i skoczny kawałek, przywodzący na myśl skojarzenia z macierzystą formacją Stinga, idealny na początek muzycznej opowieści, ale też z drugiej strony dość banalny i szybko ulatniający się z pamięci. Kolejny, 50,000, inspirowany śmiercią Prince’a, to już ukłon bardziej w stronę solowego dorobku Stinga jaki pamiętamy choćby z płyty "Brand New Day". Dobra sekcja rytmiczna, przyjemna melodia w zwrotce i kołyszące średnie tempo sprawiają, że spokojnie można go uznać za udany kawałek, choć bez większych rewelacji.

Tak naprawdę "57th & 9th" rozkręca się dopiero w drugiej połowie. Z jakiegoś względu, Sting na sam początek albumu wrzucił najsłabsze kompozycje.

I tak, dopiero szósty numer, Petrol Head przynosi naprawdę solidne, rockowe i dynamiczne uderzenie. Jest power, jest energia. Świetnie słucha się go w warunkach domowych czy na słuchawkach, a spodziewam się, też że na żywo sprawować się będzie jeszcze lepiej. Szkoda tylko, że na płycie, którą sam Sting reklamuje jako powrót do rocka, tak mało jest utworów o podobnej dynamice i rockowej duszy.

Jeśli jednak miałbym wskazać jeden najlepszy kawałek na "57th & 9th" to bez wątpienia będzie to piękna ballada Inshallah.

To praktycznie jedyny utwór, który w pełni uzasadnia istnienie nowego albumu Stinga. Ta poruszająca pieśń, motywami nawiązujaca do muzyki bliskiego wschodu, opowiada o sytuacji uchodźców z Syrii tułających się po Europie. I to jest Sting, którego zabrakło mi na tej płycie. W Inshallah jest wszystko to, co najlepsze w jego twórczości, czyli świetny tekst, wspaniała kompozycja czerpiąca z gatunku world music, melodie oraz wrażliwość na to, co się dzieje na świecie. No, ale niestety jest to jedyny tak udany pod każdym względem kawałek na "57th & 9th".

Na pewno nie stracicie czasu słuchając tej płyty, ale też nie powali was ona specjalnie. Nie jest to ani "wielki powrót", ani "muzyczne wydarzenie roku".

To płyta tworzona trochę na pół gwizdka, chyba bardziej po to, by Sting mógł mieć pretekst do wyruszenia w nową trasę koncertową z repertuarem bliższym temu, czego oczekuje od niego publika.

A trochę szkoda, bo jedak od Stinga wymagam trochę więcej niż od innych "starych muzycznych wyjadaczy".