1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Naga prawda o Stefanii Joanne Germanottcie. Lady Gaga, "Joanne" - recenzja sPlay

Najnowsza płyta Lady Gagi przynosi sporo zmian w jej brzmieniu, i to w większości zmian na lepsze.

Lady Gaga, "Joanne" - naga prawda o Stefanii Joanne Germanottcie

Na wstępie zaznaczę, że jeśli lubiliście "starą" Gagę i czekacie na kolejne hity w stylu Poker Face czy Bad Romance, to "Joanne" się zawiedziecie. To zupełnie inna płyta niż poprzednie. Niedawna współpraca z Tonym Bennetem (oraz chłodne przyjęcie poprzedniego albumu "Artpop") przyniosła wymierny i widoczny skutek, jakim jest porzucenie kiczowato-dance’owego sztafażu na rzecz bardziej przemyślanego i stonowanego popu.

lady_gaga_joanne_plyta

"Joanne" to Gaga, która w pełni odkryła już swoją kobiecość, nie bojąca się szczerości, intymnych wyznań oraz uciekania od muzycznych mód, których kurczowo trzyma się wielu popularnych wykonawców.

I niech was nie zwiedzie singlowy Perfect Illusion, który zdaje się iść podobną muzyczną ścieżką co Poker Face. Ten kawałek, najsłabszy na płycie, w żadnym razie nie jest reprezentatywny dla całości. Otwierający Joanne Diamond Heart czy tytułowa ballada są zdecydowanie bliższe temu, co niesie ze sobą najnowsza produkcja Lady Gagi.

Jest to album przede wszystkim najbardziej dojrzały z dotychczasowego dorobku wokalistki.

Aranżacyjnie Gaga odpuściła sobie (na szczeście) niepotrzebne fajerwerki i zapychacze, przez co brzmienie całości jest skromniejsze i spokojniejsze.

Liczne syntezatory i bombastyczne zabiegi produkcyjne zostały zastąpione wyważoną sekcją rytmiczną i gitarą akustyczną. Wszystko to oplecione brzmieniami soft bluesa i południowego rocka. Jeśli miałbym wskazać jakiś trop muzycznej inspiracji Lady Gagi, to zwróciłbym uwagę na Steviego Knickas i grupę Fleetwood Mac. Hipnotyzujący John Wayne brzmi jak alternatywny klubowy kawałek z końca lat 90., duet Gagi z Florence Welch, czyli Hey Girl ewidentnie przypomina Bennie and the Jets Eltona Johna zmiksowanego z Prince’em i jego syntezatorami. Come to Mama brzmi jak oldschoolowy pop z lat 60., z pięknym refrenem.

I choć nie ma tu typowych hitów i osobiście wątpię by "Joanne" stała się przebojem (choć nie miałbym nic przeciwko), to na pewno nowa płyta Gagi na uwagę zasługuje. Nie jest to wielkie dzieło, ale Gaga udowadnia nim, że jest już w pełni dojrzałą artystyką, przy okazji też pokazującą, że ma naprawdę świetny głos. I że jej kariera muzyczna to nie tylko przypadek przeboju jednego sezonu, choć pewnie wiele osób ciągle tak ją postrzega. Dla mnie "Joanne" to pierwszy krok w nowy etap twórczości Gagi. Teraz czekam na następny, liczę, że będzie jeszcze ciekawszy i bardziej ambitny.