1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Parszywa dwunastka, czyli najlepsze filmy akcji w historii kina

Najlepsze filmy akcji w historii kina

Kino akcji jeszcze niedawno przeżywało swoje chude lata, ale ostatnio z sukcesem powraca do łask widzów. Z okazji premiery filmu "Jason Bourne" przygotowałem zestawienie najlepszych moim zdaniem filmów akcji wszech czasów. 

Szklana pułapka z 1988 roku, reż. John McTiernan

Być może mało kto zdaje sobie sprawę, że perypetie Johna McClaine’a w budynku Nakatomi Plaza, (które obok "Kevina", są świąteczna telewizyjną tradycją), ale "Szklana pułapka”, to najlepszy film akcji, jaki kiedykolwiek powstał. Począwszy od kapitalnego rozmieszczenia akcji na piętrach wieżowca; genialnego czarnego charakteru (Alan Rickman!), po kultowe teksty (Yippie-Kai-Yay, Motherfucker), a na rewelacyjnym luzaku-twardzielu w wykonaniu Bruce’a Willisa (rola życia) i wirtuozerskich scenach akcji i strzelanin kończąc. Do tego dochodzi fantastycznie budowane napięcie oraz fakt, że główny bohater naprawdę jest śmiertelny i krwawi (a swego czasu w Hollywood nie było to takie oczywiste). Czysta perfekcja.

Terminator 2 z 1991 roku, reż. James Cameron

Podręcznikowy przykład idealnego sequela. Pierwszy "Terminator" to skromny, niskobudżetowy thriller sci-fi, który stał się nieoczekiwanym fenomenem i uczynił gwiazdami zarówno Arnolda Schwarzeneggera jak i reżysera Jamesa Camerona. Część druga powstała 7 lat później, z wyraźnie większym budżetem i większą wprawą Camerona w kręceniu hollywoodzkich widowisk, przez co, "Dzień sądu" po dziś dzień zniewala i wbija w fotel swoim tempem, rozmachem, przełomowymi efektrami specjalnymi i zawrotnymi scenami akcji, które w ogóle się nie zestarzały.

Dzieci Triady z 1992 roku, reż. John Woo

Możnaby książkę napisać o tym, ile Hollywood zawdzięcza inspiracji (głównie wizualnych i związanych z choreografią scen akcji) John’owi Woo. Już jego filmy z lat 80., wyprzedzały swoje czasy i wprawiały w zdumienie pod względem rozmachu i pomysłów formalnych. Swoje opus magnum nakręcił w 1992 roku. "Dzieci Triady" to Woo w absolutnie szczytowej formie i prezentujący w jednym filmie wszystko, co najlepsze w jego stylu. Sceny strzelanin to czysty, zwariowany i krwawy balet przemocy. Nikt nigdy wcześniej nie potrafił wymyslić i nakręcić aż tak dynamicznych i szalonych pojedynków. Do tego Woo sprawnie i świadomie wprowadza techniczne nowinki do produkcji, bawiąc się formą poprzez spowolnienia czasu (prekursor kultowego bullet time) jak również kręcąc, bodajże jako pierwszy, sceny akcji na jednym ujęciu. Ten niezwykle trudny w osiągnięcu efekt, choć nieoczywisty, nadaje akcji jeszcze większej dramaturgii i płynności, przez co oglądanie go gwarantuje o wiele większe emocje.

Obcy 2: Decydujące starcie z 1986 roku, reż. James Cameron

Seria "Obcy" jest jedną z najlepszych w historii kina, nie tylko ze względu na jej walory artystyczne i rozrywkowe, ale również dlatego, że każda z poszczególnych odsłon powstawała pod okiem innego reżysera, przez co odznaczała się odmienną poetyką. I tak, o ile pierwszy "Obcy" to klaustrofobiczny horror w scenografii science-fiction, to już jego kontynuacja zmieniła (a właściwie to rozwinęła) dość mocno ramy gatunkowe i okazała się być filmem akcji pełną gębą. Akcji z ogromną dozą strzelanin, krwi, atmosfery strachu i nieokiełznanego niebezpieczeństwa oraz emocji, z perfekcyjnie rozłożonymi akcentami i do bólu satysfakcjonującym finałem.

Matrix z 1999 roku, reż. Andy i Larry (wówczas) Wachowscy

Gdyby nie wspomniany wyżej John Woo i jego "Dzieci Triady" nie byłoby "Matrixa", a nawet jeśli by był, to wyglądałby zupełnie inaczej. Jeszcze wówczas bracia Wachowscy całymi garściami czerpiąc z westernów, filmów akcji, anime, filozofii, religii, mitologii oraz właśnie z filmów Johna Woo, upichcili potrawę idealną, perfekcyjnie mieszając składniki i odpowiednio je dozując. Pierwszy "Matrix", to poza wciągającą i inspirującą do myślenia (co jest rzadkością w tym gatunku) fabułą, zachwycał przede wszystkim przełomową warstwą wizualną, niestandardowymi ujęciami pod nietypowymi kątami, kreatywnym użyciem efektów komputerowych oraz specjalnych, które zmieniły na zawsze kino i sztuki wizualne w ogóle. Bullet time, będący usprawnioną i w pełni dopracowaną wersją tego, co wymyślił John Woo, przeszło do historii, bo robiło kolosalne wrażenie w momencie premiery Matrixa i w sumie robi wrażenie do dziś.

Gorączka z 1995 roku, reż. Michael Mann

Już sam fakt, że po raz pierwszy na jednym ekranie spotkali się dwaj najwięksi żyjący aktorzy (Al Pacino i Robert DeNiro wówczas, gdy nie grali jeszcze hurtowo w takich syfach jak obecnie) kwalifikuje "Gorączkę" jako film wyjątkowy. Ale jest to też obraz przełomowy pod względem podejścia i filmowania scen akcji, skupiający się na szczegółach, precyzyjnej choreografii i logistyce strzelanin oraz surowości obrazu oraz wydźwięku poszczególnych scen. "Gorączka" wprowadziła kino akcji do XXI wieku. To tym filmem w dużej mierze inspirował się Christopher Nolan tworząc "Mrocznego Rycerza".

Krucjata Bourne’a z 2004 roku, reż. Paul Greengrass

Jeszcze przed Christopherem Nolanem, to właśnie Paul Greengrass z zabierając się za filmy o Jasonie Bourne stworzył pierwszą filmową serię akcji na miarę XXI wieku, która odwoływała się do surowego realizmu. Zamiast pomocy komputerów, większość wybuchowych scen powstała w wyniku pracy techników oraz kaskaderów, a wcześniej w głowie samego Greengrassa. To też jeden z pierwszych filmów, który na taką skalę wprowadził w mainstreamie korzystanie z kamery z ręki w celu jak najwierniejszego oddania realiów pościgów i bijatyk.

Kill Bill vol.1 z 2003 roku, reż. Quentin Tarantino

Tarantino powiedział kiedyś, że najlepszych reżyserów poznaje się po tym, czy i jak potrafią nakręcić film akcji. Taki był też powód, dla którego on sam chciał się sprawdzić w tym gatunku. Od strony reżysera bowiem, dobrze zrobione kino akcji, to ciężka robota, której nie każdy podoła. Najbardziej zachwycające filmy akcji odznaczają się wręcz inżynierską pracą i precyzją podczas ogarniania całej logistyki oraz choreografii. A kręcąc "Kill Billa", Tarantino udowodnił (także i sobie) że jest fenomenalnym reżyserem. W kategorii widowiska akcji, "Kill Bill" to majstersztyk. Wiadomo, że skoro to film Quentina, to bedziemy mieli do czynienia ze świetnym scenariuszem, mocnymi dialogami i odniesieniami do klasyki kina, w tym wypadku westernów, filmów zemsty oraz przede wszystkim kung-fu, natomiast pod względem konstrukcji i sfilmowania "Kill Bill" po prostu wgniata w fotel, od pierwszych do ostatnich minut. Ukoronowaniem całości jest jatka w Domu Błękitnych Liści, w której pada rekordowa liczba trupów i leją się hektolitry krwi, do tego stopnia, że w wersji kinowej pokazana ona została w czerni i bieli (i nie w całości).

Mad Max 2: Wojownik szos z 1981 roku, reż. George Miller

Oto kolejny przykład idealnego sequela, który w dodatku przebija pod każdym względem oryginał. Drugi "Mad Max" jest jeszcze bardziej szybki, szalony, głośny, brutalny i bezwględny. To dzika jazda bez trzymanki. I co ważne, film ten nadal zachwyca tempem, nawet na tle niedawnego "Mad Max: Na drodze gniewu", który jest równie szalony i pędzący zwariowaną prędkością.

Kingsman: Tajne służby z 2015 roku, reż. Matthew Vaughn

Ten film był totalnym zaskoczeniem. Pojawił się niewiadomo skąd, totalnie niepozornie, w dodatku z fabułą o szpiegach w garniturach, funkcjonując jako pastisz filmów o Bondzie. Tyle, że szybko okazało się, że jest to zwiariowany, absurdalnie krwawy i brutalny (oraz zabawny) pastisz filmów o Bondzie. Kto by pomyslał, że ubrany w szykowny garnitur Colin Firth, kompletnie niekojarzący się z filmem akcji (mnie on nawet średnio pasował do scen z szybciej jadącym samochodem) okaże się takim madafaką, i to jeszcze robiącym mega rozróby za pomocą swojej... parasolki. A to tylko wstęp. Bo czego tu nie ma! Piękna morderczyni Gazela, z śmiertelnymi ostrzami zamiast stóp, wybuchające głowy, ćwiartowanie ludzi na kawałki no i scena w kościele. Rany boskie! Jak to jest sfilmowane! To, w jaki sposób prowadzona jest kamera podczas tej jatki, to czysta ekwilibrystyka i nowatorska wirtuozeria w jednym.

John Wick z 2014 roku, reż. Chad Stahelski, David Leitch

Kino akcji w ostatnich latach nie miało tak silnej reprezentacji jak przed laty. Gatunek ten trochę zamiera na rzecz wielkich widowisk o superbohaterach, trochę tak jak swego czasu westerny, na rzecz właśnie kina akcji dekady temu. Ale dobrze wiedzieć, że nadal są ludzie, którzy potrafią tchnąć życie w stare, dobre akcyjniaki. To jest właśnie przypadek cudownego "Johna Wicka". Ależ ten film wspaniale wygląda! Wysmakowane ujęcia, stylowa kolorystyka scenografii, pomieszczeń, kostiumów oraz sceny walk i strzelanin wyglądające jak piękny taniec. Prosta, acz bezpretensjonalna historia, wraz z kapitalnie dobraną ścieżką dźwiękową, idealnie pasowała do tego wizualnego dzieła sztuki.

Rambo 2 z 1985 roku, reż. George P. Cosmatos

Choć druga część "Rambo" nie jest tak dobrym filmem jak pierwsza, to jednak w kategorii czystej akcji, to prawdziwe siódme niebo dla fanów staroszkolnej rozwałki. To niesamowite w jaki sposób Sylvester Stallone potrafił zbudować z prostych schematów równie proste i bezpośrednie postaci, które przeszły do kanonu kina. Czasem aż trudno uwierzyć, że był kiedyś świat bez Rambo. O ile pierwsza odsłona jego historii to w dużej mierze dramat psychologiczny, tak druga to już bez większych ceregieli, ostre i konkretne kino akcji na całego. Niewiele jest filmów z taką ilością strzelanin, wybuchów, pościgów, karabinów, bazook, noży i bitew helikopterami.