1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

"Dead of Summer" - (nie)straszny kemping, straszny serial. Recenzja sPlay

"Dead of Summer" - (nie)straszny kemping, straszny serial

Moda na serialowe horrory trwa. Nie wszystkie produkcje jednak zasługują na taką uwagę, jak choćby "American Horror Story" (z pewnymi wyjątkami), "Scream Queens" czy "Scream". Czasem na fali popularności gatunku produkowane są takie koszmarki jak "Dead of Summer".

Choć obejrzałam zaledwie pierwszy odcinek produkcji, wiem, że nie powrócę już na wakacyjny wyjazd z głównymi bohaterami "Dead of Summer". Tak tendencyjnego i niestrasznego horroru, który nie budzi żadnych emocji nie widziałam już dawno. Każdy z trzech wymienionych przeze mnie tytułów, choć są zupełnie różne od siebie, potrafi zaintrygować i wywołać u widza pewien niepokój (tak, nawet zupełnie komediowy, parodiujący gatunek horroru, "Scream Queens").

"Dead of Summer" jest gorszy niż przeciętniak - bazuje na samych stereotypach i nie potrafi wykrzesać z horroru więcej niż absolutne minimum, żebyśmy mogli w ogóle mówić o przynależności do tego gatunku.

Akcja serialu rozgrywa się w latach 80. ubiegłego wieku. Mamy oto grupę nastolatów, która wybiera się na kemping. Można powiedzieć, że "Dead of Summer" to takie połączenie "We Hot American Summer" z horrem. Problem w tym, że akcja ani nie jest śmieszna, ani straszna. Przez kilka lat obozowisko był nieczynne i teraz nastolatkowie mają przywrócić je do życia przed przyjazdem gości. Oczywiście, kiedy tylko przyjeżdżają nad wodę, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Szefowa obozu jest tajemnicza, a jej współpracownik agresywny i niebezpieczny. Wszyscy widzą rzeczy, których nie powinni widzieć, są to jednak objawienia indywidualne a nie grupowe. Dziwne zjawy i maszkary nie straszą widza. A oprócz tego pojawiają się jakby zupełnie przypadkowo. Być może w tym szaleńśtwie jest metoda i ta jasna staje się wraz z kolejnymi odcinkami, jednakże jałowość premierowego epizodu sprawiła, że wcale nie chcę się o tym przekonać.

Nie tylko strachy są nieciekawe, ale także wszystkie głowne postaci.

To papierowi bohaterowie, którzy są sztampowi do bólu. Grupa nastolatków oczywście obowiązkowo składa się z każdego "charakterystycznego" typu młodego człowieka. Mamy więc kusicielkę, szarą myszkę, rasowego podrywacza, outsidera i geja, który - rzecz jasna - jest najbardziej gejowski na świecie. Żadna z tych postaci nie zaciekawia. Nawet kiedy poznajemy przeszłość głównej bohaterki (to ta szara myszka) nie umiemy jakoś zaangażować się w jej historię. Wieje kliszą i nudą.

dead-of-summer-1

Teoretycznie w pierwszym odcinku "Dead of Summer" mamy wszystko to, co pozwala intrygująco zawiązać akcję i zaciekawić publikę na tyle, że na będzie chciała obejrzeć kolejny odcinek.

W praktyce jednak okazuje się, że zjawy, widma, trupy, śledztwo i straszna przeszłość nie wystarczają. Wszystko ciągnie się jak flaki z olejem, całość jest naiwna, skierowana chyba tylko głównie do nastolatków.

"Dead of Summer" to typowa nieudana letnia premiera, będąca, cóż, "zapchajdziurą". Serial klasy B, do którego nie ma po co wracać, ba, nie ma po co go oglądać. Co zatem odradzam. Mam nadzieję, że skutecznie.