1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Gdzie się podziały tamte riffy i solówki, czyli o tęsknocie za prawdziwym rockiem

Gdzie się podziały tamte riffy i solówki?

Rock lat 60. - 90. XX wieku na zawsze będzie mi bliski. Nie było mnie na świecie, kiedy swoją karierę muzyczną zaczynały takie sławy jak Led Zeppelin, Jimi Hendrix czy Deep Purple, ale teraz wiem, że ta muzyka miała w sobie to „coś”. Coś, czego brakuje współczesnym kapelom. Dość powiedzieć, że w rankingach najlepszych riffów i solówek jest bardzo niewiele zespołów, które powstały w XXI wieku. Już od jakiegoś czasu można zauważyć, że rock przechodzi zmianę. Niestety na gorsze, bo od utworów zapadających w pamięć zmierzamy w stronę kawałków jedynie wpadających w ucho.

Proszę mi wybaczyć nieco nostalgiczny ton tego wywodu, ale era wielkiego rocka chyba powoli się kończy. W ostatnich latach wielu wirtuozów przeniosło się na tamten świat, pozostałym nie starcza pary, by tworzyć tak, jak kiedyś, a na horyzoncie nie widać drugiego Hendrixa czy Jimmiego Page’a.

Być może ma to związek z tym, że współczesna muzyka rockowa jest grana, pisząc kolokwialnie, na jedno kopyto?

Te przesterowane gitary, które niegdyś wygrywały niezapomniane dźwięki, teraz nadają na bardzo podobnych falach. Kilkuminutowe solówki odeszły do lamusa, bo długość utworów jest przeważnie dostosowana do potrzeb radiowych. Jeśli wyliczymy średnią długość kawałków autorstwa takich zespołów jak Fall Out Boy, Panic! at the Disco czy Linkin Park, to nie przekroczy ona 3,5 minuty. Można powiedzieć, że długość nagrania nie świadczy o jego jakości. To prawda, ale jeśli jest zbyt krótkie, to nie ma miejsca na dobre solo. Właśnie dlatego w rankingach brylują Lynyrd Skynyrd z Free Bird czy Zeppelini ze Stairway To Heaven. Ci drudzy zostali niedawno oskarżeni o plagiat, ale jedno jest pewne. Taurus zespołu Spirit nie ma takiej solówki.

Weźmy teraz pod lupę zestawienie 50 najlepszych improwizacji gitarowych przygotowane przez zasłużony magazyn "Guitar World". Na tej liście nie znalazł się żaden utwór wydany po 2000 roku. Jeśli spojrzymy na podobny ranking załogi "Rolling Stone", to sytuacja wcale nie jest lepsza. Wygląda to tak, jakby żaden gitarzysta nie chciał dać się ponieść emocjom, a właśnie to stanowiło o sile każdego rockowego arcydzieła. Przyznam szczerze, że ten brak boli mnie najbardziej. Przesłuchując nowe kapele, zaczynam odczuwać swego rodzaju zmęczenie materiałem, dlatego zawsze wracam do klasyków. Okazuje się, że Stairway To Heaven to znakomite remedium, ale niestety nie trwa wiecznie.

A Whole Lotta Love czy Sweet Child O’ Mine? Przyznam szczerze, że dawno nie słyszałem riffu, który by mnie porwał. Problem polega na tym, że brak dobrego wprowadzenia także powoli zabija ten gatunek. Zdaje się, że obecnie wszystko jest zbyt proste. Jak słucham Green Day, Coldplay czy inną popularną grupę, to zauważam pewne analogie. Za wprowadzenie do utworów służą niezbyt skomplikowane i jednostajne nuty wygrywane na gitarze, a na dodatek w większości kawałków są do siebie podobne. Po prostu nie ma już tego zróżnicowania, co kiedyś. W dodatku odnoszę wrażenie, że wspomniane kapele brzmią niemal identycznie. To tak jakby utwory pisano przy użyciu półśrodków. Liczą się tylko proste dźwięki, które wpadną jednym uchem, dostarczą chwilowej rozrywki, a później wylecą drugim.

Z drugiej strony mamy eksperymenty z syntezatorem. Odnoszę wrażenie, że duch rocka, który początkowo opierał się na gitarowej wirtuozerii, teraz jest tłamszony przez inne dźwięki. Posłużę się przykładem Gorillaz. Łączą hip-hop z rokiem i brzmi to całkiem dobrze, ale jednocześnie czegoś im brak.

Mimo tego, że w najlepszej dwudziestce riffów według "Guitar World" nie znalazł się żaden kawałek wydany po 2000 roku, nie chciałbym wyjść na hipokrytę. Współczesnych artystów również stać na dobre intro. W Seven Nation Army zespołu White Stripes Jack White zagrał chyba jeden z najbardziej rozpoznawanych riffów. Podobnie jest w przypadku Take Me Out Franza Ferdinanda. Rzecz w tym, że takie wprowadzenia to pojedyncze jaskółki na współczesnym rynku muzycznym.

Po prostu nikt już nie gra takich riffów jak Slash.

I z taką częstotliwością. Ten wirtuoz gitary potrafił na jednym albumie popisać się 5 genialnych motywów wprowadzających (odsyłam do Appetite For Destruction). Można powiedzieć, że to wszystko już było i nadszedł czas na coś nowego. Być może dla niektórych będzie to zmiana na lepsze, jednak dla mnie era prawdziwego rocka zmierza ku końcowi. Szanuję współczesne kapele i z przyjemnością śledzę ich rozwój, ale chyba wciąż im czegoś brakuje. Pozostaje mi tylko wracać do klasyków i wzdychać. Gdzie się podziały tamte solówki, ci wirtuozi z tamtych lat...