1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Najlepsze albumy Prince'a - TOP 5

Najlepsze albumy Prince’a – TOP 5

21 kwietnia 2016 roku opuścił nas Prince. To wielka strata dla muzyki, tym bardziej, że Prince był jednym z największych. Na pocieszenie zostawił nam przynajmniej swoją olbrzymią muzyczną spuściznę, którą spokojnie można by obdzielić co najmniej pięciu innych muzyków.

Nagrał prawie 40 płyt, napisał przeboje dla innych gwiazd; ponoć w swoim „podziemnym sejfie” trzymał w ukryciu jeszcze tysiące niepublikowanych kawałków, z których nie do końca był zadowolony. Jak każdy nadwrażliwy artysta był ekstrawagancki, lubił prowokować: wojował z wytwórnią Warner Bros. i usuwał swoje utwory m. in. z YouTube’a; w połowie swojej kariery zmienił swój pseudonim na... symbol, który sam wymyślił, a z jego stylu ubioru, klipów oraz tekstów piosenek można by wywnioskować,, że miał świra na punkcie seksu. Ale nawet jeśli, nie zmienia to faktu, że był genialnym muzykiem, instrumentalistą i kompozytorem. Dlatego też poniżej postanowiliśmy wybrać jego najlepsze albumy, w celu przypomnienia oraz przybliżenia jego twórczości młodszemu pokoleniu, które zapewne nie zna go tak dobrze jak choćby Michaela Jacksona.

Purple Rain

prince_purple_rain

Nie sposób nie zacząć od jego najlepszego dokonania i muzycznego arcydzieła w jednym. I choć już wcześniej Prince zdobył wielką sławę podczas koncertów oraz  przy okazji swoich poprzednich płyt i przebojów z nich pochodzących, to  dopiero „Purple Rain” z 1984 roku zrobiło z niego megagwiazdę. Ponad 13 milionów  egzemplarzy sprzedanych w USA, ponad 20 milionów na świecie. Do tego dwie nagrody Grammy oraz Oscar za piosenkę tytułową. Był wtedy tak wielki, jak dziś Adele. Tylko Michael Jackson był bardziej znany.

„Purple Rain” to też jedna z najbardziej wpływowych płyt w historii, ukształtowała bowiem w dużej mierze wizualno- muzyczny styl całych lat 80. Najbardziej jednak unikalne w niej jest jej brzmienie, niby zakorzenione w stylu „ejtisowym”, a jednak wyprzedzające tamte czasy i do dziś sprawiające wrażenie nowoczesnych i wymykające się ramom czasu i gatunków muzycznych. Mało który dzisiejszy wykonawca/producent jest w stanie wycisnąć dźwięki, melodie i rytmy, które po kilku latach, czy nawet miesiącach, nie stałyby się przestarzałe.

A rytm i melodia to przewodnie motywy „Purple Rain”. Produkcja jest niemalże ascetyczna. Prince bazuje tu na minimalizmie, który tworzy o wiele potężniejszy efekt na słuchaczu niż ogromne produkcje pełne wszelkich gam dźwięków. Zwięzłe gitarowe riffy, kapitalne melodie, oszczędnie używane syntezatory budujące klimat i napięcie, no i mistrzowska gra na gitarze oraz śpiew Prince’a. Tym, co najbardziej charakteryzuje ten album i czyni go najbardziej reprezentatywnym dla całej jego twórczości, jest muzyczny eklektyzm. Prince nie zamykał się w szufladce R&B, funku i innych. Lubił każdy gatunek, a sam był mieszanką Jamesa Browna, Jimi’ego Hendrixa i Stevie’ego Wondera, tak więc i jego utwory stanowiły fantastyczną mieszankę rocka, funku, soulu, R&B, rock’n’rolla, z której tworzył jedną, wspaniałą popową całość.

Słychać to zarówno w „najbardziej awangardowym kawałku w historii muzyki pop”, czyli When Doves Cry jak i w jego największym przeboju, przepięknej balladzie Purple Rain, która niemalże z miejsca weszła do kanonu muzyki rockowej. Nie bał się eksperymentów z formą (jak np. kompletna, po trosze jazzowa, nagła zmiana tempa z gitarową solówką w środku Computer Blue); nie uciekał od ładnych melodii (jak choćby w Beautiful Ones).

"Purple Rain" to jedna z najlepszych i najważniejszych płyt w historii muzyki, tak więc swoją przygodę od poznawania bądź przypominania sobie dokonań Prince’a najlepiej zacząć właśnie od niej.

Co ciekawe, ów album doczekał się bardzo sprytnie wymyślonej kampanii marketingowej. Prince po obejrzeniu prawie 15-minutowego klipu do Thrillera Michaela Jacksona, postanowił pójść o krok dalej i swój nowy album wypromować od razu... całym filmem. Na poły biograficzny „Purple Rain” opowiadający o stawiającym swoje pierwsze kroki w branży młodym muzyku (w tej roli oczywiście Prince), zawierał wszystkie utwory z płyty (plus kilka kawałków zaprzyjaźnionej z nim grupy The Time), przez co fani dostali film promujący płytę; płytę promującą film; oraz płytę i film promującą trasę koncertową. Po dziś dzień nikt nie wymyślił nic lepszego. Jako film sam w sobie, „Purple Rain” nie był może arcydziełem, ale sceny koncertowe i czysto muzyczne w nim zawarte to prawdziwe perełki.

Sign o’ the Times

prince_sign_othe_times

Jeśli jakimś cudem znalazł się ktoś, kto kręcił nosem słuchając „Purple Rain”, to przy „Sign o’ the Times” praktycznie  narzekać nie miał na co. Po dziś dzień wielu krytyków uważa ten właśnie album za jego największe dokonanie. Pod wieloma względami Prince na „Sign o’ the Times” posunął się o kilka kroków dalej niż na „Purple Rain”, choć trudno to sobie wyobrazić. Pierwszą różnicą rzucającą się w oczy jest fakt, że mamy tu do czynienia z podwójnym albumem. Na taki ruch pozwala sobie niewielu artystów; praktycznie wśród wielkich gwiazd popu mało kto ma tyle pewności  siebie i talentu, by wypuścić dwupłytowy album. Prince to zrobił i w dodatku uraczył słuchaczy dziełem, które  pomimo swojej objętości nie ma ani jednego niepotrzebnego kawałka; ani jednej złej nuty; jest po prostu bezbłędne.

Słuchając płyt na co dzień, każdy z nas rzadko kiedy trafia na album, który nie miałby chociaż jednej czy dwóch „zapchajdziur”. „Sign o’ the Times” to aż dwie płyty i każdy utwór na nich jest kapitalny! Muzycznie Prince również poszedł o krok do przodu, tworząc jeszcze bardziej minimalistyczne aranżacje; zgłębiając kolejne gatunki, które dodawał do swojej muzycznej mieszanki (tym razem dostaliśmy trochę więcej psychodelicznego rocka i popu; pierwsze oznaki hip-hopu; trochę jazzu). Prince dokonał tym albumem czegoś niebywałego. Po pierwsze, niewielu artystom przychodzi nagrać w swojej karierze arcydzieło. Po drugie, chyba nikomu dotąd nie udało się po nagraniu swojego opus magnum, powtórzyć artystyczny sukces i stworzyć coś na przynajmniej tym samym poziomie. Naprawdę niebywałe.

1999

prince_1999

Wbrew temu co sugeruje tytuł tej płyty, cofamy się kilka lat wstecz względem wyżej wymienionych pozycji. Płyta „1999” powstała w 1982 roku i to na niej w pełni wykrystalizowało się brzmienie i stylistyka Prince’a (od ubioru po muzykę). Wraz ze swoją premierą wywołała ona niemałe trzęsienie ziemi w muzyce pop. Oto bowiem, młody niepokorny muzyk stworzył futurystyczną, ponadczasową mieszankę popu, rocka, funka, soulu,. Żadna płyta w tamtych czasach nie brzmiała w taki sposób jak „1999”. A nie była to tylko i wyłącznie klasyczna zbieranina przebojów. Prince posiadł unikalną umiejętność tworzenia wielkiej sztuki, która jednocześnie miała potencjał komercyjnego hitu. Utwory na „1999” są przepełnione melodiami, ale też charakteryzują się nietypowym metrum; rozbudowanymi konstrukcjami i minimalistycznymi rytmami, które wręcz hipnoztyzują słuchacza. A mimo to stają się przy tym masowymi przebojami.

Tytułowy kawałek „1999” przez ponad dekadę był kultowy. Nie było imprezy w Ameryce przez cała lata 80. i 90., na której nie padłby cytat z tego utoworu: "tonight I'm gonna party like it's nineteen ninety-nine". Na płycie nie brak ani „radiowych” lekkich przebojów jak swingowy Delirious czy Little Red Corvette oraz długich, bo trwających prawie po 10 minut utworów, które każdy „normalny” artysta zapewne przyciąłby z myślą o tym, by przypodobać się masowym gustom i stacjom radiowym.

The Gold Experience

prince_the_gold_experience

Przeskakujemy do kolejnej dekady. Lata 90. to burzliwy okres dla Prince’a. Rozpoczął wtedy batalię z wytwórnią Warner Bros. Artyście nie odpowiadał fakt, że wytwórnia nie tylko zarabiała na nim wielkie pieniądze, ale też była właścicielem jego utworów. Przez lata robił wszystko by się im naprzykrzyć. Zaczął wydawać płyty wręcz taśmowo (pomiędzy 1994 a 1996 wydał ich aż 6), byleby tylko jak najszybciej wywiązać się z kontraktu z wytwórnią. Często rykoszetem przynosiło to szkody dla jego własnej reputacji, gdyż jak wiadomo za ilością przeważnie nie idzie jakość. Choć pomiędzy całą masą przeciętności, i wtedy udawało mu się nagrywać perełki. Jakby tego było mało, by utrudnić jeszcze bardziej życie Warnera, Prince zrezygnował ze swojego scenicznego pseudonimu (choć to jego prawidziwe imię) i zamienił je na symbol, znak graficzny (widoczny choćby na okładce płyty "The Gold Experience"). Czegoś takiego w historii muzyki pop jeszcze nie było. Nikt świadomie nie rezygnuje z nazwy, która w tej branży jest marką samą w sobie. A Prince nie dość, że to zrobił, to jeszcze nie użył w zamian innej nazwy, tylko posłużył się symbolem łączącym w sobie pierwiastek żeński i męski swojego własnego pomysłu, którego nie da się zapisać w tekście komputera.

Symbol, z samej definicji, jest wieloznaczny, tak więc na dobrą sprawę niewiadomo było jak konkretnie się do niego zwracać. Niektórzy pisali o nim „Artysta znany wcześniej jako Prince”, niektórzy zwracali się do niego po prostu „The Artist”. Oficjalnie na okładkach płyt dopiero w 2015 roku zaczął z powrotem używać nazwy „Prince”. A symbol (nazywany przez wielu „Symbolem Miłości”) po dziś dzień stanowi znak rozpoznawczy Prince’a. Pojawia się on nie tylko na większości jego płyt, ale też sam muzyk miał purpurową gitarę w tym kształcie (wystąpił z nią na pamiętnym Super Bowl), czasem też scena, na której grał była konstruowana tak, by tworzyła ów symbol.

Oprócz wojowania z wytwórnią Prince’a w tamtym czasie dotknęła też osobista tragedia. W 1996 roku urodził mu się syn, który jednak dotknięty był Zespołem Pfeiffera i zmarł tydzień po swoim przyjściu na świat. Cały ten „mętlik” nie odbijał się dobrze na jego twórczości. Przez co ostatnia dekada XX wieku to spadkowy czas jeśli chodzi o twórczość i popularność Prince’a. Ale mimo to udało mu się w tym czasie nagrać album wyróżniający się na tle nietrafionych eksperymentów, był to „The Gold Experience”. Ponownie muzyk nie uciekał od wpadających w ucho funkowych rytmów czy rockowych riffów, ale też udało mu się skomponować jedną z najładniejszych i najbardziej przebojowych ballad miłosnych w swojej karierze. Mowa tu o The Most Beautiful Girl in the World napisaną specjalnie dla jego ówczesnej partnerki (I matki zmarłego tuż po porodzie syna) Mayte Garcii.

Art Official Age

prince_art_official_age

Zastanawiałem się czy w owym zestawieniu umieścić tę płytę. Jest świetna, choć też wydaje mi się, że choćby „Lovesexy” z 1988 roku jest lepsza. Ale jako, że płyty Prince’a z lat 80. I tak dominują na tej liście to postanowiłem przybliżyć jeden z jego ostatnich albumów, by pokazać, że pomimo upływu lat, nadal potrafił nagrywać świeże, ciekawe i wpadające w ucho kawałki. W XXI wieku Prince nie do końca potrafił się dopasować do zmieniającego się rynku muzycznego. Dla niego każdy utwór publikowany w sieci bez jego zgody i bez opłat był zwykłą kradzieżą, tak więc trudno było zobaczyć jego klipy albo piosenki na YouTubie (pewnie Prince wkurzyłby się na mnie konkretnie za powyższe linki w tym artykule), a i do serwisów streamingowych przekonał się z czasem dopiero. Tradycyjna dystrybucja też z drugiej strony coraz mniej mu się podobała. W 2007 roku swoją płytę „Planet Earth” (świetną tak w ogóle) dołączył za darmo (!!!) do niedzielnego wydania brytyjskiej gazety The Mail.

Ale skupmy się na wydanej w 2014 roku „Art Official Age”. To płyta istotna w dyskografii Prince’a, gdyż pokazuje jak powinien brzmieć dojrzały artysta, który tworzy swoje własne brzmienie nie oglądając się na obowiązujące mody i wpływy w muzyce. Na tym albumie dominują dźwięki neo-soulu, r&b i electro-funku, których nie da się właściwie porównać do żadnego innego artysty. To jego 37 (!!!) płyta, a mimo to cechuje się tak soczystym, nowoczesnym i świeżym brzmieniem jakby była jedną z jego pierwszych. Całość brzmi jak pop przyszłości, pomimo licznych odwołań do swoich pierwszych płyt z lat 80., co tylko udowadnia, że Prince naprawdę był artystą ponadczasowym, w pełnym tego słowa znaczeniu.