1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

"Lovely Fear", nowa płyta Daniela Blooma, to świetny album, który łączy to, co nowe z poprzednim stuleciem

"Lovely Fear", nowa płyta Daniela Blooma, to świetny album, który łączy to, co nowe z poprzednim stuleciem

Kiedy usłyszałam pierwszy kawałek, Katarakta, pochodzący z najnowszej płyty Daniela Blooma, wiedziałam, że to będzie dobry album. W utworze gościnnie występuje Mela Koteluk i jak zwykle uwodzi swoim wspaniałym głosem. Zresztą Bloom do stworzenia swojej płyty, "Lovely Fear" wybrał samych wokalistów ze świetnym brzmieniem. Oprócz wspomnianej Koteluk mamy także między innymi Gabę Kulkę czy Tomka Makowieckiego.

Na "Lovely Fear" znajduje się osiem kawałków i każdy z nich jest niesamowity. Wszystkie są obietnicą wspaniałej i przejmującej muzycznej przygody. Bo Bloom, mimo że wie, co we współczesnej muzyce dobrze się sprzedaje, sięga po inspiracje pochodzące z poprzedniego stulecia. Na jego płycie możemy usłyszeć magiczne lata 80. i 90., które świetnie współgrają ze świeżym, elektronicznym brzmieniem.

Trudno jest wskazać pojedyncze utwory, które robią największe wrażenie, bo ten krążek trafia do słuchaczy po prostu jako całość. Jest spójny i warto słuchać go od początku do końca. Wielokrotnie.

Mogę jednak pokusić się o stwierdzenie, że numerem, który zrobił na mnie największe wrażenie, jest ten z gościnnym udziałem Gaby Kulki, czyli How We Disappear. Ten kawałek mocno przenosi nas do lat 80. XX wieku. Jego klimat, głos Gaby Kulki, sposób śpiewania mocno przypominają numery, w których mogliśmy podziwiać brzmienie Kate Bush w jej czasach świetności. Kolejnym wartym uwagi numerem, gwarantującym podobną podróż w czasie, to Looking Forward, choć tu mamy do czynienia z zupełnie innym wykonaniem, emocjami.

Wartymi odnotowania są też kawałki Hungy Ghost, Heartbreakers oraz oczywiście wspomniany już utwór Katarakta.

Płyta Daniela Blooma to misz-masz gatunkowy, który został ubrany w elektroniczną całość. Mamy trochę sadcore'u, dance'u, popu, ogólnie pojętej alternatywy. Mamy wszystko to, by "Lovely Fear" uznać za udane przedsięwzięcie.

Aż szkoda, że album mieści tylko osiem kawałków. Chciałoby się, by było ich więcej i by dłużej można płynąć przez ostatnie muzyczne dekady. "Lovely Fear" to naprawdę świetna płyta, która broni się i jako całość i pojedynczo. Cieszy jednak, że to kolejny polski krążek w tym roku, który od początku do końca wart jest uwagi.

Tu nie ma hitów, to jest jeden hit.