REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki

"Otchłań" Roberta J. Szmidta to kolejna część cyklu Metro 2033 - prosto z Polski i bez metra

Uniwersum Metro 2033 doczekało się właśnie kolejnej powieści osadzonej w postapokaliptycznej rzeczywistości wykreowanej przez Dmitrija Głuchowskiego. Najnowszą książkę z cyklu napisał polski autor Robert J. Szmidt, a jej akcja osadzona jest w dotkniętym atomową zagładą Wrocławiu. Będąca częścią serii Metro 2033 powieść o tytule Otchłań, gdzie paradoksalnie metro nawet się nie pojawia, to jak się okazuje bardzo przyjemna i wciągająca lektura.

"Otchłań", czyli jak Szmidt wszedł w cykl Metro 2033 bez metra
REKLAMA
REKLAMA

Metro 2033 to dzieło rosyjskiego pisarza i dziennikarza Dmitrija Głuchowskiego. Pierwotnie opowieść opublikowana została w internecie, ale historia młodego Artema na tyle spodobała się czytelnikom, że w końcu powieść ukazała się w druku. Nie tylko dzieło doczekało się tłumaczeń na wiele języków i bezpośredniej kontynuacji, ale też wielu innych pisarzy o różnych narodowościach zaczęło snuć swoje własne opowieści w wykreowanym przez Głuchowskiego świecie.

Wśród nich znalazły się dwie książki z Polski.

Na kartach Metro 2033 Głuchowski opowiedział o świecie przyszłości dotkniętym atomową zagładą. Ludzkość musiała zejść do tuneli tytułowego metra, a po nuklearnej zimie skażoną powierzchnią zawładnęły mutanty. Postapokaliptyczna sceneria służyła pisarzowi do pokazania jak zmieniły się relacje między ludźmi w obliczu atomowego holokaustu, a dziennikarz ze swoich powieści zrobił też satyrę wyśmiewającą absurdy współczesnego świata.

Uniwersum Metro 2033 postanowili rozbudować inni autorzy, a każda opowieść to zamknięta całość. Zgodnie z życzeniem Głuchowskiego grupy ocalałych chowające się pod ziemią w różnych częściach globu nie mają ze sobą żadnego kontaktu. W Polsce pojawiła się już powieść “Dzielnica obiecana” Pawła Majki, który opowiedział o dalszych losach Krakowa. Teraz na półki w księgarniach i do cyfrowych sklepów z ebookami wjechała “Otchłań” Roberta J. Szmidta, który wziął na warsztat ruiny Wrocławia.

Autor bynajmniej nie miał łatwego zadania.

Uniwersum Metro 2033 to kilkadziesiąt książek, z czego bardzo dużo zostało przetłumaczonych na język polski. Kolejny raz czytamy o ludziach chroniących się pod ziemią przed radioaktywnym opadem, a zmieniają się tylko bohaterowie i intryga. Łatwo popaść w banał i zrobić książkę płytką i odtwórczą. Na szczęście Robert J. Szmidt wychodzi obronną ręką, a “Otchłań” broni się zarówno jako samodzielna pozycja i jako część serii.

Byłem pozytywnie nastawiony do “Otchłani” dzięki poprzedniej powieści autora utrzymanej w nieco podobnym klimacie. “Szczury Wrocławia. Chaos” to opowieść o zarazie zombie, której powiew świeżości nadaje umiejscowienie akcji we Wrocławiu… w czasach PRL-u. Szmidt pokazał, że bardzo dobrze czuje się opisując scenariusze dotyczące koniec świata, dlatego jego kolejna powieść jeszcze przed premierą wzbudziła moje zainteresowanie.

W “Otchłani” jest niemal wszystko, czego fani serii Metro 2033 mogliby sobie życzyć.

Podziemny świat Szmidta, podobnie jak u Głuchowskiego, pełen jest zgorzkniałych ludzi, którzy stworzyli mikrospołeczności. Ze względu na brak tuneli metra, wrocławianie po wybuchu bomb skryli się w podmiejskich kanałach. Po pierwszych burzliwych latach ludzkość podzieliła się na frakcje i stworzyła enklawy.

W podziemiach Wrocławia pojawiły się skupiska ludzi będące odbiciem naszego świata - tylko np. zamiast komunistów mamy tutaj do czynienia z dresami, którzy opanowali sporą część miasta. Oprócz tego są też kupcy i kanibale, ale pojawia się i nieco bardziej interesujący Nowy Watykan.

Powieść zaczyna się w jednej z mniej ważnych enklaw, która znajduje się nieco na uboczu podziemnego świata.

Szmidt postanowił prześledzić losy Nauczyciela, który jest jednym z najstarszych ludzi żyjących w podziemiach Wrocławia. Należy on do nielicznych Pamiętających - czyli osób, które wiedzą jak wyglądał świat przed zagładą. W 2033 roku lwia część wrocławian to bowiem osoby, które były bardzo młode gdy bomby spadły lub wręcz urodzili się już pod ziemią i przedwojenny świat znają tylko z opowieści.

Robert J. Szmidt na pierwszych kartach powieści przedstawia swoją wizję postapokaliptycznego społeczeństwa. Tak jak jest ona zbliżona do tego co znamy z innych powieści Metro 2033, tak polski pisarz miał kilka ciekawych autorskich pomysłów. Świat jest przy tym wiarygodny - na tyle na ile oczywiście postapokaliptyczna opowieść o Ziemi opanowanej przez mutanty może być wiarygodna.

Okoliczności zmuszają głównego bohatera, a jakże, do wyruszenia w trudną i szalenie niebezpieczną podróż.

Kolejne opowieści z uniwersum Metro 2033 opowiadają o bohaterze lub grupie bohaterów, którzy albo sami są wyjątkowi, albo trafili na wyjątkowe okoliczności zmuszające do opuszczenia swojego jasno określonego miejsca w społeczeństwie. Zwykle kończy się to wędrówką po podziemiach, wpadaniem w tarapaty i na przerysowane społeczności. Nie inaczej jest i tym razem.

Na szczęście Nauczyciel jest na tyle odmienny od Artema, że od “Otchłani" trudno się oderwać. Bohater to może i kawał drania, ale i tak się mu kibicuje - pod ziemią zostali bowiem już tylko ludzie źli i... jeszcze bardziej źli. Główny bohater przy tym stara się wpłynąć pozytywnie na otaczający go świat i próbuje przekazać pokoleniu urodzonemu po zagładzie nieco przedwojennej wiedzy.

“Otchłań” to opowieść o wędrówce Nauczyciela, a inne postaci są dla niego tłem.

Główny bohater - czy może raczej anty-bohater - nie zmienia się i nie rozwija. W pierwszym odruchu można by krytykować autora za to, że nie pokazuje nam rozwoju postaci i ewolucji jego poglądów. Nauczyciel nie ma się jednak nomen omen uczyć, bo jest to, biorąc pod uwagę średnią długość życia ludzi pod ruinami Wrocławia, bardzo stary człowiek - zmęczony życiem, z mroczną przeszłością.

Podczas wędrówki Nauczyciela poznajemy stopniowo jego życiorys, ale nie oglądamy stopniowego kształtowania się charakteru jak w przypadku Artema z “Metro 2033”. Szmidt bardzo dobrze dawkuje kolejne informacje o przeszłości protagonisty, a każdy kolejny skrawek jego historii rzuca nowe światło na podejmowane przez niego wcześniej decyzje.

Oprócz opowiedzenia historii nauczyciela autor “Otchłani” ciekawie przedstawił postnuklearne ruiny.

Opisane przez Szmidta mutanty nie są prostą kalką bestii Głuchowskiego. Polskiemu pisarzowi udało się opisać najróżniejsze maszkary w ciekawy sposób. W “Otchłani” fauna i flora nie jest jednak na pierwszym planie, za to przyjemnie urozmaica opowieść. Bohater musi co prawda walczyć z mutantami i uciekać przed nimi, ale największym zagrożeniem dla niego nie jest spaczona Atomem natura, a - oczywiście - drugi człowiek.

W przeciwieństwie do napisanych wcześniej przez tego samego autora “Szczurów Wrocławia” w “Otchłani” nie jest tłoczno, co wyszło książce na plus. Tak jak w poprzednim dziele Szmidta w pewnym momencie zacząłem mieć problemy z rozróżnianiem kolejnych postaci, tak w ruinach Wrocławia w 2033 roku - gdzie jak wiemy ludność została mocno przetrzebiona - mamy tylko kilku nazwanych z imienia bohaterów, za to bardzo wyrazistych.

REKLAMA

Będąc przy postaciach nie sposób przejść obojętnie obok dialogów, które bardzo dobrze oddają degradujący się język polski. Co druga spotkana przez Nauczyciela osoba popełnia błędy językowe i używa słów, których w ogóle nie rozumie. Nic w tym zresztą dziwnego, skoro razem ze starym światem w zapomnienie odszedł cały system edukacji, a jego spuścizną jest jedynie mała szkółka głównego bohatera.

Wisienką na torcie w “Otchłani” Roberta J. Szmidta jest masa mniej lub bardziej subtelnych odniesień do współczesnego świata i XXI-wiecznej popkultury.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA