REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. TV
  4. Seriale

Nic nowego pod słońcem, czyli nowe polskie seriale są stare. "Nie rób scen" i "Mąż czy nie mąż" - recenzja sPlay

O ile jeszcze współcześnie seriale kryminalne czy sensacyjne potrafią nam wychodzić, o tyle jeśli chodzi o produkcje łączące komedie z obyczajówkami jest już gorzej. Były co prawda takie tytuły, które serdecznie umiały rozbawić, jak na przykład "BrzydUla" a czasem "Przepis na życie" (wspaniała Maja Ostaszewska!), ale poza tym naprawdę nie mamy się czym pochwalić. I co gorsze, nic się w tej materii nie zmienia.

Mąż czy nie mąż i Nie rób scen - nowe seriale stacji TVN
REKLAMA
REKLAMA

Chciałoby się wierzyć, że skoro - mimo wszystko - zarówno użytkownicy Internetu jak i ci, którzy namiętnie oglądają telewizję (z jednej strony coraz bardziej przaśną, ale z drugiej też próbującą nadążyć za wirtualną rzeczywistością), żyją w tym samym kraju, w końcu ich gusta się zbiegną. Niestety. Albo ja jednak, w co wciąż nie mogę uwierzyć, należę do mniej reprezentatywnej jeśli chodzi o liczebność grupy, albo po prostu chciał tak los, bogowie czy szefowie stacji. Nowe produkcje, a mam tu na myśli seriale TVN-u, kreującego się na medium nowoczesne, są takie same od lat. Wygląda na to, że wokół wszystko idzie do przodu, a w telewizji nie zmienia się nic.

Już nie chodzi nawet o to, że coś jest złe czy nieśmieszne.

Problem polega na tym, że nieważne, czy mamy rok 2005, 2010 czy 2015 i tak wiemy, czego możemy się spodziewać. Życiowe dramaty i losy Magdy M., Majki czy aktualnie nowych bohaterek serialów "Mąż czy nie mąż" i "Nie rób scen" są takie same. Ot, aktorzy dostali nowe ubranka, inaczej przycięto im grzywki, ale humor lub jego brak czy schemat produkcji zostają żywcem wyciągnięte z przeszłości. A trzeba też dodać, że "Magda M." na tle nowych poczynań stacji wypada, mimo że irytująca, o niebo lepiej.

Kiedy zabierałam się do oglądania tych dwóch nowości, najpierw przeczytałam o fabule pierwszych odcinków na TVN Player. Uwierzcie mi, ale kiedy widzicie taki opis jak ten poniżej (pozwalam sobie zamieścić cały), naprawdę trudno z entuzjazmem nacisnąć przycisk "play":

Po nieprzyjemnym zdarzeniu u zaprzyjaźnionej kosmetyczki, Ewa (Monika Mariotti) będzie próbowała uwolnić się od Pani Irenki, która od lat zajmuje się depilacją jej ciała. Starsza kobieta niedowidzi i powinna już przejść na "kosmetyczną" emeryturę. Ewa organizuje dla niej wyjazd do dalekiej rodziny i sama z ulgą umawia się do nowoczesnego gabinetu na zabieg depilacji. Anka (Joanna Brodzik) i jej mąż Rafał podczas kontrolnej wizyty u pediatry dowiadują się, że ich 3- letnia córeczka Lilka za dużo waży. Oburzona matka nie bierze pod uwagę tego, że być może w diecie córki jest za dużo słodyczy, a za mało warzyw. Godzi się jednak iść z małą na gimnastykę dla dzieci. W odcinku poznamy również Olgę (Aleksandra Popławska) najlepszą przyjaciółkę Anki. Olga jest policjantką wiecznie poszukującą tego Jedynego. Anka umawia ją z Marcinem. Chłopak jest uroczy, ma jednak jedną bardzo poważną wadę, którą Oldze będzie trudno zaakceptować.

Nie wiem, czy naprawdę twórcy nie czują zażenowania czy po prostu ja nie jestem targetem, mimo że zaśmiałam się parę razy podczas seansu.

NIE RÓB SCEN (14)

A może kwestią jest sztab pijarowców, którzy z niedowidzącej Irenki, która nieumiejętnie depiluje i z za grubego dziecka nie potrafią wyczarować ekscytującego odcinka nowego serialu? Oglądając "Nie rób scen", czujesz się tak, jakbyś spotkała się przy kupnie warzyw z dawno niewidzianą i średnio lubianą koleżanką-gadułą z liceum i ta w ciągu kilkuminutowej pogawędki chciałaby ci streścić całe swoje 10 lat życia. I jeszcze próbowałaby być przy tym śmieszna. Niby fajnie jest się zobaczyć z kimś, kogo się dawno nie widziało, w końcu nawet byłyście razem na paru imprezach, ale tak naprawdę nie bardzo interesuje cię jej nowe dziecko, nowy samochód i nowy mąż, bo tamten pierwszy to za szybko wyłysiał. Porwałabyś zdechłego kabaczka i czmychnęła do domu oglądać "House of Cards".

"Nie rób scen" jest po prostu nijakie. Czasem nawet zabawne, ale problemy, o których traktuje ten serial są takie jak twojego sąsiada tylko głupsze. Bo i bohaterki przedstawione są albo jako kompletne idiotki, albo jako wredne wielkomiejskie jędze. Istnieje obiegowa opinia, że ludzie chcą oglądać opowieści o takich samych postaciach jak oni sami. To bzdura. Chcemy oglądać o tych, którzy mają choć trochę lepiej lub żyją w świecie dla nas niedostępnym, są ładni i mają szafy pełne kolorowych ubrań, na które nie wszystkich stać. Ewentualnie o takich, co mają gorzej, żeby - to już pozostawiam sumieniu każdego - zapłakać nad ich losem albo się z nich pośmiać. Teoretycznie bohaterki serialu są dobrze postawione, niby ktoś tam nie ma pieniędzy, ale ma chatę trzy razy taką jak twoja klitka, ale problem polega na tym, że one nie są interesujące w żaden sposób, a ich problemy są błahe, wyssane z palca, bzdurne.

Mąż czy nie mąż

Nieco lepiej jest być może z serialem "Mąż czy nie mąż", za sprawą sympatycznej Magdaleny Schejbal (mimo, że lubię siostry Popławskie, które grają w "Nie rób scen") i Krzysztofa Stelmaszyka.

Ten ostatni ma całkiem dobre teksty, które - przyznam szczerze - potrafiły mnie zaskoczyć i rozśmieszyć. Reszta niestety pozostaje taka sama - durne, powtarzające się gagi, mocne postanowienia poprawy, głupie decyzje, przewidywalne zakończenia sytuacji. Słowem: polskie seriale w pełnej krasie.

REKLAMA

Tak sobie marudzę, ale cóż, wiem, że i tak nic się nie zmieni. W 2020 roku, o ile dożyję, znowu zobaczę jak Joanna Brodzik robi z siebie wariatkę z innym facetem, jakaś inna aktorka, której nazwiska nie będę pamiętać, będzie po raz kolejny zrywać z partnerem, a dzieci w telewizji oprócz tych z "Rodziny zastępczej" będą nie do zapamiętania. Nie wiem dokąd zmierza polska telewizja, ale zdecydowanie nie tam, gdzie cały świat.

A najgorsze jest to, że nawet nie można tego nazwać przeszłością czy PRL-em. Bo wtedy to dopiero były seriale!

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA