1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Najlepsze filmy 2014 roku

Najlepsze filmy 2014 roku

Kiedy przychodzi do tak masywnych podsumowań jak "najlepsze... 2014 roku", szansa na pominięcie czegoś istotnego jest bardzo duża. Z drugiej strony, zdarza się też, że nie zawsze jest pod dostatkiem materiału źródłowego. W przypadku najlepszych filmów 2014 roku, sprawy mają się bardzo dobrze, ponieważ naprawdę było w czym wybierać. Szczególnie fani komiksów powinni być zadowoleni, bo nie da się ukryć, że superbohaterskie blockbustery w tej chwili rządzą Hollywood. 

Choć uwielbiam supebohaterskie kino, a w szczególności to, co Marvel wypluwał przez ostatnie 6 lat, nie chciałem opierać podsumowania na filmach tego typu. Przy wyborze filmów nie chciałem sugerować się wynikami box office, bo te nie zawsze pokrywają się z moim wyobrażeniem słowa "najlepszy". W innym przypadku, musiałbym umieścić na liście "Transformers: Age of Extinction", a nie miałem na to najmniejszej ochoty. Zatem, jak to bywa w przypadku podsumowań, lista filmów odzwierciedla moją subiektywna opinię na temat każdej pozycji.

The Lego Movie

Chyba niewielu spodziewało się, że "The Lego Movie" okaże się być tak świetnym blockbusterem i filmem animowanym, na którym w równym stopniu będą dobrze bawić się starsi i młodsi. Zanim nie zobaczyłem, wyobrażałem sobie, że film od Chrisa Millera i Phila Lorda będzie jednym wielkim chaosem. Wydmuszką marketingową, w która trzeba upchać jak najwięcej rzeczy, a scenariusz będzie tylko po to, żeby sprzedać nowe zestawy klocków. No cóż, myliłem się strasznie, za to moje życzenie o tym, że w kinie poczuję się jak małe dziecko spełniło się. "The Lego Movie" jest śliczny obrazkowo, ale także niesamowicie wciągający. Wiele dzieje się na ekranie, widzimy sporo różnych lokacji i światów Lego, ale nie powoduje to zmęczenia, bo po prostu poruszające się żółte ludziki ogląda się z rozdziawiono szeroko buzią. Scenarzyści postarali się o sporą liczbę easter eggów, więc dzieci i dorośli mogą śmiać się z tych samych scen, choć z różnych powodów. Na dodatek "The Lego Movie" to całkiem mądra historia, z piękną puentą dla wszystkich tych, którzy już zapomnieli jak to jest, gdy ma się tylko kilka wiosen za sobą. Recenzję filmu znajdziecie tutaj.

X-Men: Days Of Future Past

Wszyscy zachwycają się - i słusznie - kinowym uniwersum Marvela i tym, jak studio potrafi pracować wspaniale z różnymi reżyserami (oprócz Edgara Wrighta), pozwalając im na pewną dozę wolności. Przez to każdy film jest inny, tylko bohaterowie pozostają ci sami. Nie wolno jednak zapominać o Foxie i "X-Menach", którzy tak naprawdę w 2000 roku wprowadzili nas w nowoczesny (postburtonowski) świat adaptacji komiksowych. Trylogia z początku XXI wieku Bryana Singera nijak jednak ma się do tej aktualnej, za którą Singer ("X-men: Days of Fututre Past") odpowiada wspólnie z Matthew Vaughnem ("X-Men: First Class"). Chociaż "X-Menom" - jak na tamte czasy - niewiele brakowało, to dopiero w 2011 roku Vaughn sięgnął po prawdziwy potencjał mutantów Marvela. Singer w tym roku dołożył swoje trzy grosze i stworzył dzieło, które śmiało mogło stać obok produkcji marvelowskich. Dobry scenariusz (choć z małymi dziurami), genialne sceny akcji (szczególnie z Quicksilverem), ocieranie się o kicz, ale jednocześnie wychodzenie z niego obronną ręką. Do tego manewrowanie między humorem i powagą w inteligentny sposób oraz wspaniali w swoich rolach Michael Fassbender (jako Magneto) i James McAvoy (jako prof. Xavier). Jeżeli nie oglądaliście "X-Men: Days of Future Past", myślę, że czas najwyższy to nadrobić.

Whiplash

Przechodzimy do trochę poważniejszego klimatu i filmu, który z komiksami nie ma nic wspólnego. "Whiplash" okazał się w tym roku strzałem w dziesiątkę dla Milesa Tellera, który pokazał się od jak najlepszej strony, tworząc jedną z najlepszych kreacji 2014 roku. Teller w "Wiplash" wcielił się w rolę młodego perkusisty (Andrew), który dostał się do jednej z najlepszych szkół muzycznych w USA. Pod okiem swojego nauczyciela Terence'a Fletchera (J. K. Simmons), Andrew miał stać się perkusistą na miarę Buddy'ego Richa, ale jego życie zamiast tego zamienia się w piekło. Fletcher to człowiek, który potrafi odebrać radość z grania i zniszczyć człowieka psychiczne przez swoje chore manipulacje i dążenie do perfekcji. Jednak przez cały seans prześladuje człowieka myślenie, że Fletcher jest dupkiem, ale w zasadzie tylko dlatego , bo dostrzegł w swoim uczniu ogromny potencjał. Do końca filmu Simmons gra tak, że daje człowiekowi nadzieję na to, że jego postać nie jest do końca zła. Najmocniejszą stroną "Wiplash" jest właśnie ta walka charakterów, kibicowanie Andrew, ale jednoczesne obserwowanie jego samodestrukcji oraz ciągłe usprawiedliwianie przez widza obu bohaterów.

The Grand Budapest Hotel

Nie ma chyba osoby, która po obejrzeniu "The Grand Budapest Hotel" nie rozpływałaby się nad nim. Dzieło Wesa Andersona jest po prostu cudne, słodkie. Kadrowanie, montaż i kolory powodują chęć zatrzymywania filmu i cieszenia się samą warstwą wizualną. Fabuła może nie należy do najlepszych w 2014, ale idealnie klei się z prezentowanym obrazkiem. Historia przedstawiona w filmie jest lekka, zabawna (slapstickowy humor), czasami przypominając dziecięce, wyidealizowane wyobrażenie dotyczące jakiegoś wydarzenia. Na dodatek akcja filmu cały czas jest dynamiczna, więc na nudę nie ma w ogóle miejsca. Wisienką na torcie są wyraziste kreacje postaci.

Guardians of the Galaxy

Na temat "Guardians of the Galaxy" napisałem już tyle pozytywnych słów, że zwyczajnie głupio mi słodzić na temat tego filmu po raz kolejny. Inaczej jednak się po prostu nie da. James Gunn z paczki mało znanych komiksowych postaci zrobił najbardziej kolorową, najciekawszą drużynę superbohaterów. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że lepszą niż Avengers. Trudno w zasadzie zarzucić coś samemu filmowi oprócz drobnych (naprawdę drobnych) potknięć w scenariuszu. Oprócz zapadających w oko kreacji, Gunn zaprezentował widzom po prostu porządne widowisko, które oblane było sporą porcją oldschoolowego rocka. Dzięki niezwykłemu soundtrackowi, każda scena z "Guardians of the Galaxy" wraca do pamięci z prędkością światła. Więcej o filmie dowiecie się z tego tekstu.

Big Hero 6

Wybierając kreskówkę do zestawienia (oczywiście poza genialnym "The Lego Movie") wahałem się między dwoma pozycjami - "How to Train a Dragon" i "Big Hero 6". Koniec końców wybór padł na ten drugi film, dlaczego? Z jednej strony można powiedzieć, że to kolejna produkcja Disneya, oparta o komiksy, tyle że w animowanej wersji, która ma być dla młodszych dzieciaków odpowiednikiem Avengers. Po części tak właśnie jest, ale "Big Hero 6" to także świetny film dla dorosłych. Dzieci bawią się na scenach z udziałem Baymaxa (robota, przyjaciela głównego bohatera), a przy tym dorośli cicho pod nosem śmieją się z dwuznacznych scen i kwestii. Tego brakuje w "How to Train a Dragon". "Big Hero 6" przy okazji porusza kwestie dorastania, przyjaźni, radzenia sobie z utratą bliskiej osoby oraz uczy tego, że warto w życiu poświęcać się swoim marzeniom i robić to, do czego ma się smykałkę. Najkrócej rzecz ujmując, ta kreskówka bawi i uczy. Do tego w filmie jest mnóstwo dynamicznych scen akcji oraz przepiękne otoczenie, więc jest na czym oko zawiesić. Recenzję filmu możecie przeczytać tutaj.

Under the Skin

Jeżeli macie ochotę zobaczyć film z 2014 roku, w którym Scarlett Johansson zagrała rolę na miarę swoich możliwości, koniecznie musicie obejrzeć "Under the Skin". W dziele Jonathana Glazera, Johnasson wciela się w rolę kosmitki, które niczym najlepszy drapieżnik, wykorzystując swoje atuty, porywa mężczyzn i w tajemniczy sposób morduje. To właśnie surowa rola Johansson i odpychająca kreacja jej postaci sprawiają, że film Glazera wciąga niesamowicie. Do końca seansu w głowie pozostaje jedno podstawowe pytanie. Kim ta kobieta jest? Klimat "Under the Skin" przypomina trochę dzieła Lyncha, więc jeżeli lubicie niejednoznaczność i brak odpowiedzi podanych na tacy, ten film musicie nadrobić.