1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Ciapowaty Constantine od NBC zaczyna mnie coraz bardziej denerwować

Ciapowaty Constantine od NBC zaczyna mnie coraz bardziej denerwować

Odkąd tylko pojawiły się pierwsze informacje dotyczące tego, że NBC zamierza zaadaptować komiks "Hellblazer" z niepokornym Johnem Constantinem do telewizyjnego świata, byłem niezmiernie ucieszony. Kinowa wersja tego bohatera, z 2005 roku z Keanu Reevesem w roli głównej, była dla mnie rozczarowująca, ale nie powiedziałbym, że okropna i nie do zniesienia. Po prostu wizja Francisa Lawrence'a (reżysera) kompletnie do mnie nie przemawiała. Jestem za tym, żeby kinowe i serialowe adaptacje odbiegały od swojego materiału źródłowego, ale istnieją pewne granice. W przypadku Constantine'a, przekroczono je zbyt wiele razy.

Nie jestem psychofanem Johna Constantine. Okładka pierwszego "Hellblazera" z 1988 roku nie wisi u mnie na ścianie i z pewnością nie palę świeczek przy portrecie Alana Moore, który wprowadził "mistrza czarnej magii" do świata komiksu. Jednakże, John Constantine jest postacią na tyle wyrazistą, a jego kreacja stworzona przez Moore'a i Steve'a Bissette'a tak dobra, że przez lata, żaden z rysowników i pisarzy nie próbował jej zmienić. Bissete był fanem The Police, dlatego też jego twór wyglądał jak Sting, dodatkowo ciągle palił fajki i nie nigdy nie rozstawał się ze swoim płaszczem. Co jednak ważniejsze, blondwłosy Brytyjczyk zawsze, ale to zawsze był skurczybykiem, outsiderem, gościem, który śmiał się najgorszemu złu w twarz, a przy tym wychodził cało z tarapatów dzięki swojemu zagadywaniu przeciwnika na śmierć. Charakterek Constantine'a, to zasługa Moore'a, który pokazał go światu w 1985 roku w zeszycie "The Saga of Swamp Thing #37" i tym samym wyznaczył kierunek, w którym podążali jego następcy, których notabene było naprawdę sporo.

constantine hellblazer

Gdyby komiksowy sobowtór Stinga żył naprawdę i mielibyście okazję go spotkać, jestem pewien, że wkurzyłby was od pierwszych sekund. Constantine był po prostu dupkiem, ale z wielkimi cohones i bardzo interesującą osobowością. To jeden z tych typów, któremu nie chciałoby się podać ręki, ale za to chętnie wysłuchałoby się historii jego życia w pobliskim pubie. Tylko trzeba na każdym kroku uważać na siebie, ponieważ tam gdzie pojawiał się Constantine, tam natychmiast pojawiały się kłopoty. Najczęściej śmierć.

042810_hellblazer

Ten starzejący w czasie rzeczywistym bohater komiksów, zawsze był przez wszystkich traktowany w ten sam sposób. Z upływem lat Constantine zdobył trochę życiowej mądrości, ale wciąż był zgorzkniały (może nawet bardziej) i pozostał tym samym egzorcystą, co w 1985 roku. Constantine w 2013 roku (gdy seria "Hellblazer" się skończyła) był tym samym bohaterem, którego fani poznali 28 lat wcześniej. Dlaczego nikt nie zmieniał podejścia do tego mało sympatycznego Brytyjczyka? Ponieważ nie było takiej potrzeby. Dlatego też film z 2005 z Reveesem i serial NBC są dla fanów Constantine'a tak irytującymi tworami. Niby serialowy Constantine (Matt Ryan) wygląda jak komiksowy pierwowzór, nosi płaszcz i lubi papierosy (choć ich nie pali, bo w telewizji jest to nie do przyjęcia...), to z charakteru w niczym go nie przypomina. Nie mam nic do Ryana, aktor gra najlepiej jak może, ale scenarzystów najchętniej wystrzeliłbym w kosmos.

Naprawdę miło ze strony NBC, że Constantine na powrót stał się Brytyjczykiem o blondwłosach, a nie Amerykańskim brunetem, który cierpi na chroniczny ból bycia pozbawionym jakiejkolwiek osobości. Mam tylko małe pytanie do twórców serialu: dlaczego swojego głównego bohatera wykastrowali w tak drastyczny sposób? Dlaczego Constantine jest taki grzeczny i (kurze piórko) taki miły dla wszystkich? Gdzie się podział antypatyczny gnojek z przerośniętym ego? Serialowy Constantine przez większość czasu sprawia wrażenie, jakby nie do końca wiedział co chce robić, czy jest zdolny poradzić sobie z problemami, które go czekają. Zabrzmię teraz jak jeden z tych komiksowych świrów, ale... nie tak miało być. Co złego jest w stworzeniu badassa/antybohatera zamiast ciapy? Rzucanie paru ironicznych komentarzy i nonszalancki uśmieszek na 5 sekund nie załatwiają sprawy.

Niby bohater serialu NBC rzuca zdania typu "odejdź ode mnie, bo moje życie jest pokręcone i możesz przez to zginąć", ale koniec końców sprawia wrażenie miłego typka, z którym w zasadzie chce się przebywać. Chociażby dla jego żarcików. A przecież twórcy "Constantine" chyba zapoznali się z materiałem źródłowym, w którym mają do czynienia z samolubnym typkiem lubiącym rzucać się w piekielne płomienie, ale dla własnej przyjemności. A w serialu? Nadciąga wielkie zło, więc John Constantine grzecznie wszystkim dookoła pomaga, czasami tylko pokręci nosem. Ja mam to wszystko kupić, ponieważ obiecano mu odkupienie jego duszy. Nie, w żadnym razie. Wiecie co komiksowy Constantine zrobiłby na miejscu tego serialowego? Pokazał wszystkim środkowy palec i spokojnie odchodził tyłem zapalając papierosa. Niestety, takiego antybohatera/egzorcysty raczej się już nie doczekam.

constantine serial

Rozumiem, że telewizja rządzi się swoimi prawami, dlatego też nie ma mowy o paleniu papierosów na ekranie. Ale dlaczego Constantine nie może być zaniedbanym, niegolącym się, wykończonym życiem kolesiem z nałogami (innymi niż nikotynowy)? Bohater Matta Ryana jest zbyt grzeczny i zdecydowanie nie jest takim cwaniakiem, jak komiksowy protoplasta, a w dodatku rzuca zaklęciami na lewo i prawo jak Harry Potter. To sprawia wrażenie, jakby twórcy serialu nie do końca wiedzieli co chcą osiągnąć. Nie dość, że fabuła "Constantine" odchyla się raz w stronę campowego horroru, żeby zaraz później uderzyć w poważny ton, to w dodatku robi ze swojego głównego bohatera harcerzyka udającego badassa. Trochę to przypomina mi Batmana z serialu z lat 60-tych, który był takim Mrocznym Rycerzem, jak serialowy Constantine mistrzem czarnej magii z komiksów. Liczę jednak na to, że serial NBC jednak doczeka się drugiego sezonu i być może ujrzymy w nim przemianę głównego bohatera, w bardziej cwaniaczkowatego i zgorzkniałego pogromcę demonów.