1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Iggy Azalea lubi się chwalić, narzekać na byłych i śmiać się w twarz wrogom. "Reclassified", recenzja sPlay

Iggy Azalea lubi się chwalić, narzekać na byłych i śmiać się w twarz wrogom. „Reclassified”, recenzja sPlay

Po spędzeniu dłuższej chwili z "Reclassified" - nowym/starym albumem Iggy Azalei - muszę jednoznacznie stwierdzić, że nowy materiał raperki z Australii, to po prostu muzyczna spowiedź. Chociaż może odpowiedniejsze wydałoby się określenie "wizyta u psychoanalityka". Iggy jest pacjentką, a my jej lekarzem. "Reclassified" to w zasadzie taki odpicowany debiutancki krążek "The New Classic" z nowymi kawałkami. Pytanie tylko brzmi, po co Iggy Azalea ubierała swoje nowe utwory w szaty średniego longplaya, kiedy mogła wydać całkiem dobrą EP-kę?

Ponad pół roku minęło od wydania "The New Classic" i najwidoczniej ten czas wystarczył raperce na to, żeby zebrać pewne przykre i miłe doświadczenia, a swoje przemyślenia na ich temat zapisać w tekstach piosenek. Trudno przychodzi mi ocenianie "Reclassified" jako reedycji wydanego wcześniej albumu, ponieważ tego pomysłu kompletnie nie kupuję. To zwyczajny skok na kasę. Po co dodawać pięć nowych kawałków do starego materiału, kiedy można było po prostu wydać sensowną EP-kę? Tym bardziej, że nowe piosenki niosą w sobie pewien mocny przekaz układający się w całość: Iggy Azalea chciała ponarzekać na swoich ex, sztucznych przyjaciół, zaśmiać się w twarz Nicki Minaj i poopowiadać nam o tym, jak to udało jej się wejść na szczyt dzięki pomocy swoich fanów.

Mamy zatem do dyspozycji pięć nowych kawałków (We In This Bitch, Beg For It, Trouble, Iggy SZN, Heavy Crown) i wszystkie kręcą się wokół tematów wymienionych przeze mnie wyżej. Każdy z nich jest dobrze wyprodukowany, ale tak naprawdę tylko przy We In This Bitch można się na dłużej zatrzymać. Beat mający naleciałości z lat 80-tych z wysuwającą się na pierwszy plan linią basową, do której w tle przygrywają syntezatory. Piękne. Najlepszy klimat na całej płycie. W całym tym zestawieniu nowych piosenek brakuje tylko przebojów na miarę Fancy i Black Widow, ale trudno uznać mi to za wadę.

"Reclassified" traktuję po prostu jako EP-kę i tak też oceniam. Zapominam kompletnie o numerach, które wyszły w kwietniu na "The New Classic". Dzięki takiemu posunięciu udaje mi się znaleźć świeżość w tym, co pokazuje nam Iggy Azalea. Nawet w tak bardzo "iggowym" kawałku jak Beg Fot It nagranym z MØ, w którym możemy doświadczyć dobrych zwrotek i świetnych hooków (za którymi stoi Charlie XCX). Największym zdziwieniem jest jednak - o dziwo - bardzo pozytywnie brzmiący Trouble, który ze swoim motywem kojarzyć się może z The Jackson 5, a w zasadzie wszystkim co wyszło z Motown. Podczas, gdy Jennifer Hudson bierze na siebie ciężar hooków, Iggy rządzi w zwrotkach. Trudno jednak powiedzieć, która z pań jest tutaj lepsza. Trouble to zdecydowanie najprzyjemniej grający utwór na "Reclassified", który przy soulowym beacie opowiada o przykrych miłosnych doświadczeniach raperki.

Skoro Iggy już ponarzekała na swojego byłego, to przyszedł czas na chwilę pochwalenia się tym, co australijska raperka osiągnęła do tej pory. "It's Iggy SZN" - bez wątpienia, szczególnie biorąc pod uwagę, że przedwczoraj Iggy odebrała dwie statuetki AMA 2014 za ulubiony album hip-hopowy i ulubionego artystę hip-hopowego. Jest się czym chwalić i raperka z tego umiejętnie korzysta, szkoda tylko, że podkład nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Już zdecydowanie lepiej zawiesić się na chwilę przy Heavy Crown, przy którym udziela się Ellie Goulding. Brytyjka trochę irytuje swoim "kozim" vibrato, ale to nic nie szkodzi, ponieważ Iggy Azalea w zwrotkach zbiera dla siebie wszystkie owacje. I... czy ja już wspominałem, że raperka lubi się przechwalać? Cóż, w Heavy Crown znów to czyni. Tyle że nie używa do tego żadnych metafor, a prosto z mostu wali "This heavy crown, It comes and goes around and when it's time, I'll pass it proud but bitch I got it now". Trudno się z nią nie zgodzić...

Iggy w tym roku rządzi, miała hity, które trafiały do czołówki zestawień Billboardu, zarabia kupę kasy i dorobiła się już nawet wrogiej konkurencji (ekhem, Nicki Minaj). A to wszystko w zasadzie wzięło się znikąd. Kiedy po raz piewszy pisałem o Iggy w czerwcu 2013 roku, artystka miała w zanadrzu kawałki jak Work i Bounce oraz EP-kę "Glory". Prawdziwe muzyczne potwory dopiero szykowały się do wyjścia. Teraz z przyjemnością mogę wrócić do starszych kawałków i podziwiać tę długą drogę, która Iggy Azalea zdołała przejść w dosyć krótkim czasie.