1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Młody człowiek-orkiestra. Czy teraz trzeba być wszędzie, żeby nie zginąć?

Młody człowiek-orkiestra. Czy teraz trzeba być wszędzie, żeby nie zginąć?

W XXI wieku muzycy nie mają łatwo. Pisanie tekstów i komponowanie, to nie jest prosta sprawa. Talent i ładny głos zdecydowanie ułatwiają zadanie, ale czy to wystarczy żeby zaistnieć? Niestety nie, czasy się zmieniły. Nie wiem tylko czy na lepsze, czy na gorsze. Jedni powiedzą, że teraz jest łatwiej, za to drudzy – szczególnie starsi – pokręca tylko głową i wspomną coś o niezrozumieniu współczesnych realiów.

Tamte dni już nie wrócą...

Już nie wystarczy być dobrym, teraz trzeba się umieć sprzedać i to sprzedać po całości. Jasne, że 20, 30 i więcej lat temu, soliści i zespoły także musiały umieć się spieniężyć. Kiedyś jednak wystarczył „tylko” dobry menedżer, porządnie zagrany koncert, oryginalność i umiejętność tworzenia dobrej muzyki. Sukces nie był pisany każdemu, ale talent potrafił zdziałać cuda. W 2014 roku dobrze jest mieć talent, bo ten zawsze się przyda, ale jeżeli nie istnieje się w social media, to droga do sławy skończy się na pobliskim klubie.

led zeppelin social media


Nie trzeba umieć tańczyć i mieć ładną buźkę, choć to zawsze było i będzie atutem, nie każdy w końcu musi być mainstreamowym popowym wykonawcą. Tyle, że teraz nawet indie rockowe kapele albo folkowi songwriterzy muszą wiedzieć jak używać hashtagów i odpowiednio dobierać post na Facebooku. I w tym nie ma nic złego, takie czasy. Cyfrowość wygrywa z analogowością, niedługo płyty fizyczne będą dobre dla kolekcjonerów, którzy lubią zapełniać swoje półki ładnymi opakowaniami. Zmieniła się konsumpcja muzycznych treści, stary porządek, gdzie single puszczano tylko w radiu, rozwieszało się plakaty, żeby zachęcić do udziału w koncercie i liczyło na dobre recenzje. Te czasy minęły bezpowrotnie.

Można zgodzić się ze zdaniem, że muzykę w obecnych czasach robi się tak samo trudno, jak 30 lat temu. Natomiast twierdzenie, że sprzedaje się ją tak samo jak 30 lat temu zdecydowanie trzeba włożyć między bajki. I nie ważne, o jakiej kategorii wagowej i gatunku mówimy, hip-hop, rock i pop można włożyć do tego samego wora. Tak samo jak początkujących alternatywnych muzyków i gwiazdy mające miliony śledzących na Instagramie. Nawet muzyka klasyczna czy jazz nie potrafią się do końca obronić przed potęga social media. Internet pozwala na błyskawiczną promocję, ale także na odkrywanie nieznanych zespołów z zabitej dechami dziury na końcu świata. I wygląda na to, że szybko nic w tej materii się nie zmieni.

Być albo nie być

Stary system biznesowy opierał się na sprzedaży płyt artysty. Współczesny system biznesowy opiera się na istnieniu w Sieci. Nie trzeba już nawet produkować longplaya, żeby być kimś w muzyce. Dobra kampania na YouTube, viralowe filmiki na początek w zupełności wystarczą. Dołożymy do tego jeden lub dwa single, porządny background (np. modowy albo skandal) i już. Pewnie nie do końca artystę idącego taką ścieżką można nazywać w ogóle muzykiem, a bardziej celebrytą, ale granice czasami bardzo się zacierają.

Weźmy na przykład Lanę Del Ray, która zanim w ogóle wydała swój pierwszy album, to wylądowała na scenie w Saturday Night Live. Pomijam już w tym momencie chwilowe gwiazdki typu Rebecca Black. Gwiazdy od jednego przeboju zawsze były i zawsze będą, tyle że teraz mają zdecydowanie łatwiejsze życie.

rebecca black social media muzyka

Tyle, że nawet gwiazdy/muzycy z pokaźnym dorobkiem nie mogą spocząć na laurach. Jedynie wyjątki pozwalają sobie na komfort splunięcia social media w twarz. Umiejętność sprzedaży siebie nie ogranicza się jednak wyłącznie do Sieci. Niezależnie od sławy każdy musi się w jakiś sposób sprzedawać. Natomiast poziom sprzedaży i dywersyfikacja zarobków, to już inna para kaloszy.

Indie kapele nie będą tańczyć w „Tańcu z gwiazdami”, bo to jest bez sensu, ale średniej klasy gwiazdy pop (szczególnie w naszym kraju), które potrzebują „drugiego oddechu” już tak. Wielcy ze świata muzyki mogą nawet mieć w nosie tradycyjną promocję swojej płyty (przypomnijmy sobie chociażby „Beyonce” z 2013 roku), ale potrafią chwytać się innych branż. Własna linia odzieżowa, perfumy, sprzęt audio i budowanie własnych samochodów przez muzyków już nikogo nie dziwią. Dlaczego w zasadzie miałoby to dziwić? Pracowanie nad swoją marką (np. Rihanna czy Kanye West) przez tyle lat może przynosić profity nie tylko w muzyce.

Kreowanie siebie

Jeżeli jednak nie można sobie pozwolić na taki komfort dywersyfikacji zarobków, to zostaje malowanie twarzy, zakładanie masek i pajacowanie w telewizji we własnym show (Osbournowie i Michał Wiśniewski) lub jako juror w talent show. A jak nie w praca telewizji, to można działać YouTube albo chociaż wstawiać fotki na Instagrama.

Jeszcze zostaje wydawanie autobiografii, ale o ile w przypadku starszych kapel i wokalistów ma to sens - w końcu trochę w swoim życiu przeżyli - to w przypadku nastoletnich gwiazdek (jak chociażby Miley Cyrus) już nie. Bywa jednak, że i taka opcja staje się koniecznością. Z pewnością znani artyści nawet w młodym wieku mają czym się pochwalić, ale to chyba lekka przesada. W 2009 roku ukazała się pierwsza autobiografia Miley Cyrus, dziewczyny, która miała w momencie premiery książki 17 lat.

Nawet porządny pakiet muzyczny, jak charyzma+ świetne teksty+ genialny wokal może nie wystarczyć. Bo co z tego, że ktoś coś umie, skoro nikt o tym nie usłyszy? Nie bez powodu ulubionym miejscem początkujących (zwykle coverujących) artystów jest YouTube. Tak właśnie zaczynał młody Bieber, kiedy był jeszcze miłym dzieciakiem.

nicki minaj social media


Może starsze pokolenie muzyków niekoniecznie to rozumie, ale młodsi mają tę wiedzę w małym paluszku. Nie bez kozery Miley Cyrus pokazywała swoją gołą pupę na VMA 2013. To zachowanie wliczone jest w koszty. Ale jeszcze lepszym przykładem genialnego instynktu marketingowego jest Nicki Minaj, która absolutnie wie, że to co się sprzeda na 100%, to jest jej pupa. Robienie przebojowej płyty zawsze jest mile widziane, ale gdy sztab producencki zawiedzie, w ruch muszą iść social media i kreowanie odpowiedniego kontentu. Kiedyś w tym celu wystarczyło konto na MySpace, teraz mało kto już w ogóle o tym serwisie pamięta.

Przez każde internetowe medium artyści kreują swój spójny wizerunek, dzięki któremu wybierają odpowiedni target. Innych fanów ma Selena Gomez i innych, wspomniana wcześniej, Nicki Minaj czy Taylor Swift. Te trzy panie, choć obracają się w popie, tworzą całkowicie odmienną treść i swoim zachowaniem budują spójny obraz samych siebie. Selena jest słodką latynoską, a Nicki Minaj „wyuazdaną” pewną siebie divą. Sprawy komplikują się, gdy artystka czy artysta postanowi zmienić siebie, jak to miało miejsce w przypadku Miley Cyrus. Jej akurat drapieżny wizerunek wyszedł na dobre, ale niektórzy przez to wypadają z gry. Słyszeliście może coś ostatnio o Jonas Brothers? Panowie może wyrośli z przesiadywania na kolanach Myszce Miki, ale słuch po nich zaginął.

myspace social media muzyka


Social media służą też gromadzeniu fanów wokół siebie. Społeczne platformy, takie jak YouTube czy Facebook, nadają się do tego doskonale. Jeżeli artysta potrafi dotrzeć do swoich fanów i nie odgradza się od nich betonowym murem, to może być większa gwiazdą od kogoś, kto rok w rok wydaje świetne krążki. Dobrym przykładem odpowiedniego zaangażowania w utrzymanie kontaktu z fanami jest Deadmau5, który wmiksował otrzymany przez fana wokal w kawałek The Veldt w 2012 roku. Czy housowa produkcja zyskałaby taki sam posłuch, gdyby nie ekscytacja tym wydarzeniem? Nie sądzę.

Social media służą artystom także do wylania swojego żalu. Kto kiedyś wiedział, że jakaś płyta została nagrana pod batem wytwórni? Albo, że materiał musiał zostać pocięty, bo komuś w garniturze się nie podobał? Teraz wystarczy wpis na Twitterze, że wytwórnia jest zła i niedobra, premiera płyty przez to się opóźni albo w ogóle jej nie będzie (przypadek Azealii Banks) i wystarczy. Fani zrozumieją, pogłaszczą po głowie i wszystko będzie dobrze.

Cóż w XXI wieku, czy to się komuś podoba czy nie, sprzedawanie siebie stało się sztuką i obok talentu chyba najważniejszą kwestią na rynku, o ile nie priorytetową. Nie każdy się do tego nadaje, potrzeba całkiem sporych cohones, żeby się spieniężyć na masową skalę. W domowym zaciszu czy garażu, każdy z odrobiną słuchu może tworzyć muzykę. Ktoś ma świetny i oryginalny głos? Co z tego, takich osób są setki tysięcy. Tylko najlepsi i najbardziej charyzmatyczni nie giną w morzu nijakości.