1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Pink Floyd schodzą ze sceny bardzo spokojnie, za spokojnie. "The Endless River", recenzja sPlay

Pink Floyd schodzą ze sceny bardzo spokojnie, za spokojnie. „The Endless River”, recenzja sPlay

Pomińmy tę część, w której rozpływam się nad potęgą Pink Floydów, mamy do czynienia z rockowymi legendami i koniec. W ten sposób postrzegam Brytyjczyków, ale nie jestem znawcą ich twórczości, a już w żadnym wypadku fanem. Solówki z Comfortably Numb i słowa Another Brick In The Wall, part 2 znam prawie na pamięć, ale nic więcej, dlatego też do "The Endless River" mogłem podejść bez uprzedzeń i zawyżonych oczekiwań. Mimo to, czuję się lekko zawiedziony, tak jakby sama nazwa zespołu obiecywała mi coś, co nie zostało mi dane.

Tym bardziej, że piętnasty album Pink Floyd jest ich ostatnim. David Gilmour wyznał, że to koniec, a najnowszy materiał będzie jednocześnie pożegnaniem i hołdem złożonym zmarłemu w 2008 roku Richardowi Wrightowi. Musze przyznać, że jak na ostatnie pożegnanie, to trochę mało dostaliśmy. Bez ogródek dodam, na "The Endless River" brakuje mi po prostu porządnego kopa. Rockowego pazura, zwierzęcości, czegoś co pozwoli uronić łzę za zespołem.

Żaden ze mnie "floydowiec" i jako przeciętny słuchacz nie znalazłem na "The Endless River" nic, co rzuciłoby mnie na kolana. Wiem, że kawałki na płycie są w rzeczywistości "odrzutami" z sesji do "The Division Bell" i nie powinienem spodziewać się porywających artrockowych przebojów. Zdaję sobie sprawę, że nie chodziło tu o stworzenie opus magnum, ale jak słyszę świetne Allons-y (1) z gitarą Gilmoura, to od razu pojawia się myśl - dlaczego nie mogło być tego więcej?!

Dlaczego Pink Floyd nie starali się chociaż dograć czegoś podobnego do Talkin' Hawkin' (notabene z głosem Stephena Hawkinga)? Boże, gdyby tego było więcej, to "The Endless River" przestałoby smęcić w mojej głowie, a powodowało chęć sięgania po najbliższe ustrojstwo wydobywające z siebie dźwięki, byleby powtórzyć tę magię. Gdyby tak tylko do Autumn' 68 dodano trochę więcej tej "pinkfloydowatości", która jest już w krótkim (za krótkim) Allons-y (2). Cuda by się wtedy działy.

Niestety cudów nie ma, jest nuda. Dobrze wyważona, zręcznie wykonana muzyczna nuda. Jeszcze It's What We Do broni się jako tako duetem Gilmoura z Masonem. Jeszcze tam te organy walczą o moją uwagę, pogrywając w tle akordy autorstwa Wrighta. Jestem bardziej świadkiem udanego jam session niż płyty, która ma powiedzieć wszystkim "do widzenia, to koniec Pink Floyd, gasimy światło". W większości numerów nie dzieje się nic ciekawego, żeby w ogóle móc choć raz powtórzyć sobie w myślach jakikolwiek takt. Nervana to rockowa przygrywka, która podobnie jak It's What We Do brzmi jak fragment jakiegoś koncertu w domowym zaciszu Gilmoura.

Dziwne uczucie towarzyszy słuchaniu "The Endless River". Z jednej strony płyta nie zachwyca kompletnie, ciągnie się momentami jak makaron. Z drugiej strony sporo obiecuje, ale tylko po to, żeby za chwilę rozczarować. Już w połowie krążka czuje się niedosyt, a kawałki jak The Lost Art of Conversation czy Sum są dla mnie typowymi zapychaczami. Nie bez powodu mamy koniec końców do czynienia z utworami, które już były kiedyś ocenione na tyle nisko, że nie wydostały się na światło dzienne. Louder Than Word - jedyny numer z wokalem - brzmi jak losowo wygenerowany przez komputer kawałek, który miał udawać dobre numery Pink Floyd. Trochę szkoda, że legenda rocka już nic nowego nie wyda, ale  drugiej strony, jeśli mieliby dalej wyciągać z szafy jakiś niepublikowany wcześniej materiał, to może dobrze się stało.