1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Betty Who trochę mnie oszukała… "Take Me When You Go", recenzja sPlay

Betty Who trochę mnie oszukała… „Take Me When You Go”, recenzja sPlay

Debiutancki krążek od Betty Who zdecydowanie nie jest tym, na co czekałem. Miała być eksplozja, w końcu singiel Somebody Loves You osiągnął wielki sukces. Miałem nadzieję na usłyszenie wspaniałego miksu Robin, Katy Perry z Elly Jackson (La Roux), a wyszło trochę inaczej niż się spodziewałem. "Take Me When You Go" jest dobrym albumem, ale niestety dosyć szybko się potrafi znudzić.

Sukces Betty Who zaczął się od viralowego filmiku na YouTube z oświadczynami, który zobaczyło ponad 12 mln osób. Filmik nie był w zasadzie szczególnie wartościowy, w końcu takich już sporo powstało lepszych i gorszych, ważne było to, że w pokładzie użyto Somebody Loves You. Piosenka nikomu wcześniej nieznana, zdobyła prawie od razu uznanie wśród wielu osób trafiających na YouTube, w tym moje.

Wszystko było tam na swoim miejscu, dobry wokal, mocny beat, dobrze zaznaczony bas i hook, przypominający trochę dokonania Katy Perry. Po tej piosence miałem nadzieję, że australijska wokalistka będzie kolejnym, liczącym się graczem na popowej arenie. Że to będzie pop uderzający w najwyższe miejsca list przebojów, że debiutancki krążek rozłoży mnie na łopatki. Niestety, tak się nie stało.

Są takie płyty, na których każda piosenka tworzy swój mały, odrębny świat, do którego siłą uprowadza słuchacza. Na "Take Me When You Go" nie doświadczymy czegoś podobnego, chociaż z pewnością Betty Who mocno się stara i nie odklepuje swoich piosenek jak popowa gwiazdka, dla której pracuje sztab producentów. Dlatego też największą przyjemność na krążku nie sprawiły mi znane od dawna single, które miały promować płytę, ale właśnie pozycje dopiero co odkryte.

Na przykład A Night to Remember, kawałek od którego czuć tak uwielbiany przeze mnie klimat lat 80., powolne budowanie napięcia z minimalistycznymi zwrotkami i wkręcającym się refrenem. Jedyne do czego mógłbym się tutaj przyczepić, to fakt, że wraz z sunięciem piosenki do przodu zabrakło wybuchowego hooku z mocnymi syntezatorami, który sprawiłby, że włosy stawałyby dęba na głowie. Tego błędu nie uświadczymy już w High Society, gdzie zaczyna się prawdziwy synthpopowy szał. Dalej jest jeszcze lepiej, bo nadchodzi kawałek Glory Days z perkusją brzmiącą jak stary dobry Simmons SDS 5. Jeżeli któraś piosenka z "Take Me When You Go" ma sprawić, że słuchacz poczuje się jakby cofnął się o 30 lat, to będzie to właśnie Glory Days.

Oldschool pełną parą, tylko Ferrari brak i kwiecistej koszuli, w której pokażemy się na plaży w Miami. Czar jednak pryska, gdy przekonujemy się, że producenci (Martin Johnson, Claude Kelly, Starsmith) szybko wypstrykali się z pomysłów. Reszta płyty to dobrze znane single Somebody Loves You, Heartbreak Dream (ciągnący się jak flaki z olejem) oraz piosenki, które przelatują gdzieś, nie zwracając na siebie uwagi. Na ich tle jeszcze jako taki broni się All of You, ale to filler z rodzaju tych, które każdy z nas gdzieś już słyszał. Przewidywalność trochę zabija klimat budowany przez High Society, Glory Days i A Night to Remeber, czego nie potrafię znieść. Nie tak miało to wyglądać, nie tak. Jeżeli Betty Who chce zawojować rynek ze swoimi synth popowymi produkcjami, to musi zdecydowanie bardziej się postarać, bo (bardzo dobrej) konkurencji na tym polu nie brakuje.